Na pełnym morzu

Kamyczek do kamyczka

Moją nową świecką tradycją w aktualnym, sześcioletnim cyklu mojego życia są samotne wyjazdy do SPA w górach lub nad morzem, a zazwyczaj w oba te miejsca w roku. Wiosna to przeważnie morze, a jesień – jesień zdecydowanie należy do gór! To najlepsza pora roku na wędrówki po stromych szlakach i szarlotkę w schronisku.

Co ciekawe, do dwa tysiące dziewiętnastego nie znosiłam gór tylko i wyłącznie z powodu traum, których tam doznałam za sprawą niewłaściwych osób. Ale, jak tylko wystartował ten aktualny cykl to niemalże równo z jego początkiem wyjechałam w góry i od razu zostały mi one odczarowane. Też za sprawą pewnej osoby, której imienia już nie wolno mi wymieniać. Jedno jest pewne – odczarowanie gór to jedna z dwóch rzeczy będących jego dobrym uczynkiem wobec mnie. Ta druga to zeszmacenie. To akurat nie było miłe, ale jednak potrzebne do potężnej lekcji, którą musiałam przepracować, więc ostatecznie nawet to też było dobre.

Wracając do gór, tak nawet dosłownie, ponieważ piszę ten post z pałacowego hotelu ze SPA w Górach Sowich – na szczęście ta lekcja nie była drastyczna, by mogła wyjść na dobre.

Schemat tych moich weekendowych wypraw jest bardzo podobny. Piątek, odliczam godziny pracy, w sypialni już czeka spakowana, ale ciągle jeszcze otwarta walizka, by tylko dorzucić do niej ostatnie drobiazgi i po szesnastej już jestem w bloku startowym. Wsiadam w samochód i jadę bez zatrzymania. Prosto na południe. Na Wrocław i dalej. Pokochałam Sudety. I magiczny Dolny Śląsk. Swoją drogą, całkiem sporo tych magicznych miejsc zebrałam odkąd tylko zaczęłam swoje nowe, porozwodowe życie. Magiczna północ i południe. Polskie morze i Skandynawia. Polskie góry i ciepłe kraje śródziemnomorskie.

Cała sobota to wędrówka od rana do późnego popołudnia. Budzik o szóstej wtedy mnie w ogóle nie drażni. Słuchawki w uszach, nawigacja z mapy.cz, bo najlepsze oraz Spotify z ulubioną, najbardziej aktualną playlistą. Jedną z pierdyliarda, bo za każdym większym zrywem emocjonalnym tworzę nową. Tym razem na topie jest ta o nazwie „Desert love”. Ot, tak – zupełnie sobie ją losowo nazwałam. No, dobrze – prawie losowo.

Okej, w ogóle nielosowo. Z premedytacją. I ekscytacją. I porywem serduszka. Ale ja nie o tym chciałam.

Idę tak zatem wybranym szlakiem pod przewodnictwem czeskich map i szwedzkiej aplikacji muzycznej. Idę, rozmyślam, podziwiam przyrodę, robię zdjęcia. Albo zwyczajnie łapię kolejne oddechy i sapię, jak lokomotywa, a moim jedynym zmartwieniem jest podejść do najbliższego płaskiego punktu. W takich chwilach nie mam innych problemów i to jest piękne.

Słucham swojego organizmu i obserwuję jego reakcje. Początek jest zawsze dość powolny, rytm nieregularny. Dosłownie czuję każdą częścią swojego ciała, że jeszcze się trawi pyszne hotelowe śniadanko, więc na zastrzyk energii trzeba będzie trochę poczekać. Aż wreszcie coś zaklika i momentalnie, jakbym dostała nowe ciało. Oddech się reguluje, nogi wyrywają w równym tempie. Czuję się wtedy, jakbym mogła wszystko. Jestem boginią!

Po kilkunastu kilometrach przychodzi jawne osłabienie. Wyhamowanie. Muzyka już tak nie cieszy i nie dodaje adrenaliny. To znak, że potrzebuję cukru. I kawy najlepiej. Wkraczam zatem do schroniska na szarlotkę albo naleśniki. Zazwyczaj wybieram właśnie to.

I oto odrodziła się bogini. Po kawie i słodkim zaklikuje szybciej. Można mknąć dalej. Wprost na szczyt.

A tam dzieje się najbardziej intymna i duchowa część całej wędrówki. To z czym przyszłam ulatnia się. Zostawiam swój worek z kamieniami. Odkładam na właściwe mu miejsce – na górkę. Synchronizuję się sama ze sobą i wszechświatem. Modlę się. Tak jak dziś – „Proszę, nie pozwól mi już więcej cierpieć z miłości i miej w opiece Mohameda, bo to dobry chłopak. (choć wiem, że nie dla mnie)”.

Kurtyna.

I zejście.

Zejście jest takie samo, jak powrót z każdej podróży. Smutne, nostalgiczne, mechaniczne. Trochę na autopilocie, bo organizm wysyła sygnały, że potrzebuje dużo dłuższej i szerszej regeneracji niż tylko przekąska i kawa. Słucham go więc i wybieram najkrótszą oraz możliwie najłagodniejszą drogę.

Spocona, z brudnymi butami albo tak jak dziś – totalnie zmoknięta, wkraczam do pokoju. Zrzucam to wszystko z siebie i idę pod prysznic. Chwila wytchnienia w samotności, a potem czas na jakiś zabieg lub masaż. I porządny obiad rzecz jasna. Naprawdę muszę już jutro wracać do domu i kieratu?

Chciałoby się jeszcze tyle zobaczyć i przejść. Lecz wiem, że to tylko taki weekendowy szot na złapanie balansu psychicznego. Wakacje już były. Urlop został już tylko na święta bożonarodzeniowe. A pieniądze – no cóż, przydałoby się zacząć w końcu oszczędzać.

Tylko po co mi worek złota w trumnie?

Zapewne po powrocie zaplanuję kolejny szot. Prędzej czy później.

Teraz czuję zakwasy w nogach i to takie przyjemne uczucie. Te nogi wykonały dziś kawał dobrej roboty i są najlepsze na świecie! I pomyśleć, że kiedyś uważałam je za zbyt grube, masywne i miałam z ich powodu potworne kompleksy. Jakie to szczęście móc o tym pisać w czasie przeszłym!

Tak, jak i o wielu kamyczkach, kamieniach i głazach, które przez minione pięć lat wnosiłam na sudeckie szczyty.

Wszystko już jest na swoim miejscu.

Verified by MonsterInsights