Sztorm

Trzask i prask

Podczas, gdy miniony poniedziałek wydawał się być piątkiem, to wtorek zamienił się w prawdziwą sobotę. Luty 2022 wstąpił do mojego życia z wielkim i nieoczekiwanym przytupem. Absolutnie nie wiem, czy to dobrze. Sprawy się jeszcze trawią, a szok utrzymuje w mocy.

Gruzińskie, drogie wino. Czerwone, półsłodkie. O naturalnej słodyczy, nie dosładzane, ponieważ zrobione ze szczepów tych winogron, które lekko przyschły jeszcze rosnąc na winoroślach. Bogata kompozycja smakowa pieściła wszystkie zmysły. Delikatnie, ale konsekwentnie. Nienatarczywie, aczkolwiek skutecznie. W rytmie idealnie dopasowanym do strategii, którą powziął jego pan.

„Dziewczyno, jak wino uderzasz do głowy…”

Mezo

Śmiech, żart, poważne słowa, metafizyka, dowcip, lekki sarkazm. Inteligentny nurt słów.

Leci czas, którego nie czuć ani nie widać. Ukryci w kącie obserwują zza winkla. Innych oraz siebie.

Czas się zatrzymuje. Trzask. Prask. Bruderszaft.

Czas się zatrzymuje jeszcze bardziej.

Cmok. Zawahanie. Spojrzenie. Zamknięte oczy. Pocałunek.

Otwiera się puszka Pandory. Płynie potok skrywanych emocji, spostrzeżeń, słów.

Czy jest dobrze? Niby tak, ale…

Czegoś brakuje. Coś wadzi, przeszkadza, odciąga.

Samotnia nawołuje rozpaczliwie do natychmiastowego powrotu.

Strach. Paraliż. Chłód i wycofanie.

Mętlik. Wewnętrzna histeria. Brak snu.

Pragnienie ściera się z rozumem. Z rozumem czy intuicją?

Kolejny dzień, jak sen. Czy to naprawdę się wydarzyło? Ale co? Niby nic, ale..

Czas na sen. Długi sen. Przespany z życiorysu dzień.

Gotowa zmierzyć się z olbrzymami. Jak Thor.

Ubieram nordycką zbroję. Zaplatam warkocz.

„My mother told me

Someday I will buy

Galleys with good oars

Sail to distant shores”

Lianny Boudjadi / Michael Lopez

Konfrontacja. Karty na stół. Albo szczerze albo wcale. Inaczej nie chcę i nie potrafię.

Czegoś brakuje. Coś jest nie tak. Nie czuję. Nie czuję tego.

Widzę szereg czerwonych flag łopoczących gwałtownie na wietrze, niczym wojenne żagle.

Czy ja umiem w ogóle jeszcze czuć?

Trzask. Prask. Nie ma i nie było nas.

Wracam po bitwie. Spokój. Harmonia. Wracam do siebie. I nie zmieni się nic. Chociaż zmieniło się we mnie bardzo dużo.

Poprawiłam się. Czy stępiłam emocjonalnie? Ja po prostu nie dam się już tknąć.

Asertywność. Zaczęłam ją rozumieć.

Nie chcę znów dać się zgwałcić. Nie chcę sama gwałcić.

Przerywam błędne koło i idę dalej.

„Idę po wertepach obranego traktu,

Jam bałagan, czy to ten świat jako labirynt faktów,

Aktualnie wijący się szybciej od taśm i kompaktów,

Tułów wygina się jak plastik od obłędu,

Gimnastyk pędu czynów i słów,

Uwikłany w swego DNA ramy,

Unoszę się w kłębach wspomnień i snów…”

L.U.C

Z moją wikińską zbroją. Z warkoczem, pieśniami i tatuażami.

Jestem sobą. Nie boję się.

Verified by MonsterInsights