Na Północy i na Południu
Nadszedł czas na podsumowanie roku. Tym razem z wyjątkowego miejsca, a w zasadzie całkiem typowego – z mojej Krainy Wyimaginowanej. Bo gdzieżby indziej pisać podsumowanie Krainy Wyimaginowanej, jak nie z samej Krainy Wyimaginowanej? W szczególności, że właśnie mijają trzy lata odkąd ten blog się narodził. To zmusiło mnie (ach, jakież to było poświęcenie!), by wylecieć na północ i przemyśleć sobie wiele spraw, które mijający rok we mnie obudził.
Nadaję zatem z malowniczego miasteczka w środkowo-zachodniej Norwegii popijając czarną kawę i zajadając się duńskimi pralinkami. I przyznać muszę, że to najlepszy prezent na święta, jaki mogłabym sobie sprawić. Jako, że poprzednie święta doprowadziły mnie do ciężkiej traumy, teraz postanowiłam sprawić prezent wyłącznie swojemu dziecku oraz… sobie. Tak, bezczelnie wydałam pieniądze na siebie kupując bilety na samolot do Norwegii oraz rezerwując urokliwy apartament. I odkąd tylko moje nogi dotknęły norweskiej ziemi uśmiech nie schodzi mi z ust, a baterie ładują się z prędkością światła. Wiem, że będę tej energii potrzebowała na nadchodzący rok, ponieważ sądzę, że przede mną karkołomna droga pod prąd.
Zatem, zapinamy pasy i odlatujemy do początku dwadzieścia dwadzieścia cztery!
Tak, jak wspomniałam, ten rok zaczął się od jednego wielkiego rozczarowania. Łudziłam się, że robiąc komuś drogi prezent kupię sobie jego uczucia (sic! znowu!!!). Że stanę się dobrą córką, takiej, której nie trzeba się wstydzić. Że wymażę chociaż w ułamku hańbę, jaką przyniosłam rodzinie biorąc rozwód, a szczególnie godząc się na opiekę naprzemienną (wyrodna matka!). Niestety tak się nie stało. Niespodzianka! Zaraz minie sześć lat od rozwodu, a i tak dalej słyszę, że powinnam zgarnąć całą opiekę sobie itd., itp. Wiem już, że to się nie zmieni. I wiem, że żadne drogie prezenty nie kupią szacunku, tolerancji, uczuć ani niczego, co duchowe. Kolejny banał i kolejna Ameryka odkryta. Nie rozumiem tylko siebie, że mając tę świadomość jeszcze się łudziłam i próbowałam coś wskórać. Widać moja upartość i nadzieja są zbyt silne. Albo to zwykła desperacja.
Ale potem skupiłam się na podróżach i to było wspaniałe
Kolejne rozczarowania miłosne i bycie niewidoczną. Nie ma nic gorszego, jak być dla kogoś niewidzialnym. Ignorowanym. Lepiej, żeby cię zwyzywali od najgorszej aniżeli nie reagowali na twoje istnienie. To było cholernie przykre, kiedy przychodząc do biura i siedząc w jednym, małym pokoju z kolegą z zespołu ten zachowywał się, jakby mnie nie było. Nawet pominę aspekty damsko-męskie, chodziło mi przynajmniej o zwykłe koleżeńskie pytanie „co słychać?” albo „fajna dziś pogoda, nie?”. Moje próby zagadywania były jak grochem o ścianę. Zagadałam, otrzymałam zwięzłą odpowiedź i już. Po wszystkim. W końcu byłam gotowa z nim porozmawiać otwarcie i wywalić wprost wszelkie uczucia, ale uznałam, że zrobię to dopiero po powrocie z Islandii. Jeśli ten wyjazd niczego by nie zmienił i nadal uważałabym, że warto drążyć tę skałę, to dopiero po wyjeździe planowałam z nim w ten sposób pomówić. Lecz wyjazd wszystko zmienił. Zdrowe islandzkie powietrze, tętniąca lawą ziemia, elfy oraz niesamowicie wspaniali ludzie, którzy mi w tym towarzyszyli uświadomili mi, że ten człowiek nie jest wart najmniejszego zachodu. Że on absolutnie nie jest dla mnie. Że jest kolejnym upośledzonym emocjonalnie typem, na których miałam to nieszczęście ciągle trafiać. Nie różniącym się od tych innych niczym. Islandia zatem mnie otrzeźwiła. I to był początek mojego wielkiego przebudzenia, jakie mnie w tym roku spotkało.
Byłam szczęśliwa, że udało mi się odpuścić sobie człowieka, który niewiele różnił się od mojego byłego męża, a o którym nawet sądziłam, że jest tym idealnym. Zaimponował mi zawodowo i to mnie chyba tak zaślepiło. W każdym razie zanotowałam sukces. I zdałam sobie sprawę, że ten mój idealny typ był fałszywy. Miałam w głowie jakiś ścisły model faceta uważając go za doskonałego, a tak naprawdę to był ten sam model, na którym się sparzyłam. I to nie raz. To odkrycie mną wstrząsnęło. I zrozumiałam, dlaczego tyle lat po rozwodzie nie dane mi było wejść w nowy związek. Nie mogłam tego zrobić, bo wpakowałabym się w to samo i to tak jeszcze chytrze, bo myślałabym, że to coś zupełnie innego i oczywiście lepszego. Dziękuję Bogu, że mnie przed takimi modelami uchronił. Chociaż oczywiście marudziłam, że jak to, że nikt mnie nie chce, że jestem niewidoczna. Teraz wiem, że to istnie błogosławieństwo, że byłam niewidoczna dla mężczyzn w typie poważnie ograniczonych emocjonalnie! Ja takiego człowieka na partnera nie szukam!
I tak wyglądała mniej więcej połowa tego roku
Jakby służyła uprzątnięciu resztek starego życia i przekonań. Natomiast od drugiej połowy zaczął się istny rollercoaster!
Najpierw niepozornie, leniwymi wakacjami all inclusive na Majorce. Świetnie się tam czułam i mogłam wreszcie odkurzyć nieco Hiszpańskiego po latach, kiedy to ostatnio się go uczyłam w liceum. Piaszczyste plaże w urokliwych zatoczkach, błękitne morze, palmy i drinki z palemką. Dobre wakacje nie są złe! Lecz niestety szybko się kończą. Mój powrót po tym wyjeździe był najboleśniejszym powrotem wszech czasów (nie licząc kolejnego powrotu, który go przebił stukrotnie, ale o tym to już było…). Nigdy, naprawdę nigdy, tak źle się nie czułam po wakacjach. Chciałam natychmiast tam wrócić. Nawet nie tyle, że na kolejne wakacje all inclusive dokądkolwiek, ale konkretnie w ten rejon świata. Coś mnie ewidentnie przyciągało. I nawet miałam już zaplanowany wcześniej na połowę sierpnia wylot do Szwecji, lecz anulowałam go. Moje dziecko protestowało, że nie lubi wakacji w stylu zwiedzania i chodzenia, co zresztą dała mi odczuć podczas wycieczek fakultatywnych na Majorce, zatem uznałam, że nie będę męczyć jej i siebie. Tylko, że po anulowaniu wyjazdu i będąc tuż po zakończonym poprzednim byłam jeszcze bardziej chora. Tak, wręcz chora.
I wtedy nastał ten dzień
Nie będę go ponownie opisywać, bo został opisany w kilku postach. A raczej ten dzień i jego konsekwencje. W każdym razie, jak już wiadomo – zamówiłam spontanicznie wycieczkę do Maroka. I jak również wiadomo był to wyjazd, który odmienił moje życie, a i nadal zresztą ono się dalej odmienia. Coś ostatnio muszę się cenzurować w tym względzie, to też norweska energia przyda mi się, aby z cenzurą walczyć, dlatego powiem tylko tyle, że znalazłam tam to, czego od tak dawna szukałam.
Ale wcale nie było łatwo i nic nie było oczywiste. To był wyjazd pełen rewolucji. Wyjazd, który otworzył mnie na świat i ludzi jeszcze bardziej niż jakikolwiek inny wyjazd bądź doświadczenie. Wyjazd, który uświadomił mi, że wszystko jest kwestią odpowiedniego miejsca i otoczenia. Środowiska, w którym żyjemy. Że wszystko jest bardzo względne. Że butelka wody kupiona w dyskoncie będzie kosztowała grosze, a ta sama kupiona w samolocie będzie warta tyle, co niezły drink. To był wyjazd, który sprawił, że zaczęłam patrzeć i widzieć, słyszeć i słuchać. Że zaczęłam dostrzegać to, co niewidzialne. Przewartościowałam sobie całe życie. Zrozumiałam, że praca, dla której tak bardzo się spalałam nie była nigdy warta tej energii. Za to dzięki niej mogę podróżować i za to jestem wdzięczna.
Aj, dopijam właśnie litr kawy! Takie rzeczy tylko w Norge!
To był wyjazd, który przyniósł mi wiele silnych emocji. A wśród nich tę Jedną. Najważniejszą.
To był wyjazd, w wyniku którego przyjechałam tutaj teraz do Norwegii, aby sobie pewne kwestie przemyśleć, jednak nim wsiadłam do samolotu ja już wszystko wiedziałam. Mogę zatem teraz tylko pisać, zwiedzać i robić zdjęcia.
Cóż więcej dodać?
Po prostu dziękuję Bogu za ten rok. Za doświadczenia, możliwość podróżowania do tak pięknych miejsc oraz za wspaniałych ludzi, których w tym roku spotkałam na swojej drodze. Towarzyszy podróży, a także tych poznanych już poza granicą. Wiem, że nie jestem sama. I nawet kiedy myślę, że jestem, to zawsze zjawia się jakaś pokrewna dusza. Często jest to obca osoba, która staje się nagle najbliższa na świecie i niejednokrotnie bliższa niż rodzina. Pomimo różnic. Pomimo obcego języka, kultury, religii, odcienia skóry czy innych przyziemności.
Ten rok nauczył mnie, że jedyne różnice, które są między ludźmi i które ludzi dzielą, to różnice w sercu i na duszy. Bo gdy serce i dusza są otwarte, żadne granice nie istnieją. Ale i na odwrót – zamknięte serce i dusza nie przybliżą nawet rodziny ani ludzi siedzących tuż obok siebie, w jednym pokoju.
To chyba na tyle. I aż tyle.
Mój statek może ruszać dalej w rejs. Na razie sobie jeszcze postoi w porcie, uzupełni zapasy, by być gotowym na kolejne szerokie wody i zapewne nie jeden sztorm. Ale to jest właśnie życie. Wiem, jaki azymut obrać i zamierzam walczyć o to, co się naprawdę liczy.
Czy to na morzu – czy to na pustyni.
A.