Wilczyca
Refleksja, która dziś od rana przyszła mi do głowy jest mroczna. Ale myślę, że bardzo prawdziwa. Zacznę jednak od tego, że szczęśliwie jestem w dalszym ciągu singielką. I wiem, że to tak z czystą premedytacją. Mniej lub bardziej świadomą.
Czuję wreszcie spokój i niewypowiedzianą wdzięczność za to, że mogę robić, co chcę, chodzić i jeździć, dokąd chcę, śpiewać na głos prowadząc samochód z prędkością stu czterdziestu na godzinę i trzymać przy tym kierownicę jedną ręką, jeść gotowe żarcie, kiedy nie chce mi się gotować albo spędzać pół dnia w kuchni, gdy mam na to ochotę, wybierać miejsce w teatrze na ostatnią chwilę i dostać przy tym takie najlepsze pośrodku, bo zostało pojedyncze bez pary, pić kawę po dziewiętnastej, pisać pierdoły na blogu albo tworzyć te swoje niestworzone historie i zamieniać je w łzawe powieści, rozmawiać z kotem, jak z człowiekiem, oglądać Klan i M jak Miłość, wydawać za dużo kasy na podróże, palić kadzidła wieczorami, układać sztućce w szufladzie tak, żeby było mało ergonomicznie, ale za to ładnie, urządzać kąpiele z dużą ilością parzącej wody i piany, otwierać okno na długie godziny, gdy na dworze mróz, trzymać makaron w garnku na zbyt dużej mocy, wciskać kolejną roślinę na parapet oraz wiele, wiele innych.
Zdążyłam nieco zapomnieć, jak cenne to są rzeczy. I jak dobrze być sobą. Nie musieć się dla nikogo starać, dawać od siebie wszystkiego na patelni nie dostając nic w zamian, nie musieć się dostosowywać do czyichś humorów i natręctw. Jedyną moją prawdziwą szefową, dla której to wszystko mogę nagiąć i chętnie to robię, jest moja córka. I kot. I tak jest dobrze. I wszystko jest na swoim miejscu.
Rozumiem doskonale, dlaczego jestem sama. Bo jestem strasznie wybredna. Przeciętność mnie nie interesuje. Nudzi mnie, a czasem obrzydza, kiedy widzę brak charakteru i chodzenie po tylko znanych, sprawdzonych i wydeptanych ścieżkach. Na ślepo.
Zdałam sobie sprawę, że każdy mężczyzna, który stanął na mojej drodze, tak naprawdę mi się nigdy nie podobał. Nigdy do końca. Może tylko trochę, przez chwilę lub w jakiejś części. Ale nigdy tak naprawdę i głęboko. Oszukiwałam jednak samą siebie, bo brakowało mi poczucia wartości, bo samotność za bardzo doskwierała i tym podobne. A potem podświadomie tak typem manipulowałam, żeby zachował się podle i bym dzięki temu miała argument, aby od niego odejść. Taka jestem. Mroczna, wewnętrzna skorpionica. Manipuluję, nawet o tym do końca nie wiedząc.
Kurtyna.
Powody były rozmaite. Zbyt przecięty. Za bardzo słuchający mamy. Pragnący żyć, jak jego rodzice, z klapami na oczach. Za niski. Za długie paznokcie u kończyn i jakaś dziura w skarpetce. Zbyt daleko mieszkający. Za słabo wykształcony. Za młody.
Jestem radykalna w swoich działaniach. Wystarczy paproch i skreślam. Jednocześnie potrafię być bardzo cierpliwa i dawać wiele szans. Jakby czekając, aż coś się zmieni i poprawi. Ale ziarnka piasku przesypują się w klepsydrze i tylko kwestia czasu aż wykonam wyrok. Gdy nie widzę grama poprawy, zaczynam tak manipulować, by te jego wady jeszcze bardziej rozkwitły i dały popis. Jestem w stanie się podłożyć, zagrać ofiarę i przyjąć cios. Bo jestem wytrzymała i wiem, że się podniosę. A jego pogrzebię, bo on się odkryje, wywlekając na światło dzienne wszystkie swoje najgorsze cechy. Ludzie się potem dziwią „jak to możliwe? on? do tego zdolny?”. Potrafię odkryć najgorsze cechy człowieka i naprawdę nie wiem, jak dokładnie to robię. To się dzieje podświadomie.
Jestem skorpionicą. Wilczycą. Lwicą.
Tylko wilk jest w stanie stanąć ze mną ramię w ramię i wybrać się razem na polowanie.