Kwiecista metafora
Jestem totalnie wyczerpana. Tym, że wszystko muszę robić sama, że muszę być facetem i kobietą w jednym i kurwa wszystkim. Jestem wyczerpana manifestowaniem swojej niezależności. Co to daje? To nic innego, jak malowanie sobie maski klauna na twarzy. To tak strasznie gniecie, bo wiesz, że nie ma na to żadnego sposobu. Żadnego. Nic nie zależy od ciebie.
Kiedyś myślałam, że jak będę dla ludzi dobra, to oni będą dla mnie dobrzy. Kiedyś myślałam, że jak będę dużo z siebie dawać to i dostanę tyle samo w zamian. Kiedyś myślałam, że można kochać za dwoje, bo to uleczy tamtą osobę i w końcu ona mnie pokocha. Kiedyś myślałam, że jak będę wymyślać rozmaite miłe niespodzianki, żeby zrobić komuś przyjemność, to też potem ktoś mi zrobi miłą niespodziankę.
Ale to tak kompletnie nie działa. Nie działa!
Chyba, że zrobię komuś krzywdę – wtedy momentalnie to do mnie wraca, nawet podwójnie. W tę stronę kurwa nigdy nie ma problemu. Zło zawsze wraca. Dobro – nigdy. Takie są moje doświadczenia. I pisząc to aż komputer mi się trzęsie, tak mocno uderzam z wściekłości palcami o klawiaturę.
Byłam samotna w związku przez lata. Uwolniłam się. Dostałam energii, leciałam jak na skrzydłach, bo sobie mówiłam, że teraz to ja mogę ten cały wysiłek spożytkować wyłącznie na siebie. No i super! Tak robiłam i robię nadal. Tylko, że kiedyś miałam dziką satysfakcję z tego, że mogę sobie kupić kwiaty, pojechać samotnie na wycieczkę, pójść samej do teatru albo nawet urządzić sobie jednoosobową prywatkę w piątek po pracy. Silna i niezależna. Duma mnie rozpierała.
A teraz?
Teraz to jest dla mnie totalnie żałosne. Nie wiem co i komu mam udowodnić, że sobie kupię sama te cholerne kwiaty. To, że jestem silna – to już wiem. I co z tego? Mnie ta siła niszczy tak naprawdę. Kupię sobie kwiaty, powiem, że nie potrzebuję w swoim życiu mężczyzny, a potem będę sama tym mężczyzną dla siebie. I zaczynam się czuć, jak idiotka, bo w tym momencie rozdeptuję całą swoją kobiecość, całą swoją naturę. Wyrzekam się jej, jakby była czymś gorszym. Samą siebie dyskryminuję.
Kurwa, to jest pojebane.
Ja już jestem całkowicie pogubiona. Sześć lat ciężkich rozkmin nad sobą, rozwoju duchowego i jakiejś próby naprawy siebie – po co? Po co, kurwa, skoro ja nie byłam nigdy zepsuta? Trafiałam na półgłówków o empatii na poziomie walca drogowego i dałam sobie wmówić, że to ze mną coś jest nie tak. Kurwa.
Za dobra byłam. I to tylko było nie tak.
Ja pierdolę, czego to ja nie wymyślałam, żeby zrobić dla drugiego człowieka i czego to ja nie robiłam, byleby był szczęśliwy! Organizowałam, planowałam, szukałam nietuzinkowych prezentów, wydawałam milion monet. Używałam całej swojej zajebistej kreatywności, żeby kogoś uszczęśliwić i miałam pełną nadzieję, że dostanę to samo. Że potem mnie ktoś zaskoczy. Że kupi te jebane czerwone róże – taki opasły bukiet, że zabierze na spontaniczną wycieczkę, że zorganizuje jakieś ciekawe wyjście po pracy, że mi kurwa nawet życzenia w radiu złoży! Tak, nawet takie abstrakcyjne rzeczy mi przychodziły do głowy. A jakie ja dostałam życzenia na swoje dwudzieste piąte urodziny od ukochanej osoby?
Otóż, równo w moje dwudzieste piąte urodziny brałam ślub. I tak naprawdę tego dnia, jakby nie było. Jakby nie istniał. Nie liczyłam się w tym dniu w ogóle. Teściowa musiała przypomnieć i pod koniec wesela orkiestra zagrała jakieś wymuszone „Sto lat”. Swoją drogą, to akurat byłą już teściową szanuję do dziś, choć różnie o niej nie raz myślałam. Kurtyna.
Nie wiem, co dalej. Nie wiem, kurwa nic. Nie wiem, kim się stałam i dokąd dalej zmierzam. Nie widzę żadnego większego celu w swoim życiu. Nawet Norwegia przestała mnie już zachwycać. A do Maroka boję się jechać i też nie potrafię sobie tego tematu poukładać. I boli mnie to cholernie!
Płynęłam jak ten Titanic wprost na górę lodową i tak samo się rozjebałam.
Kupię kwiaty źle – bo czuję się żałośnie. Nie kupię – też źle, bo też czuję się żałośnie. I nie mam żadnego wpływu na to, aby je od kogoś dostać. A tego właśnie pragnę. Żeby je od kogoś dostać. Żeby nie musieć być mężczyzną. Żeby ktoś mnie w końcu pozytywnie zaskoczył, coś zrobił miłego, coś zaplanował i zorganizował. I wiem już, że jeśli to ja najpierw będę dawać, to nic, absolutnie nic nie dostanę w zamian. Zatem takim sposobem sobie tych kwiatów od kogoś na pewno nie załatwię.
To pojebane. Wychodzi na to, że powinnam zostać amebą. Może wtedy się doczekam.
Ale ja nie potrafię odpuszczać. I nie chcę, bo uważam, że to ważne. Ja muszę działać, bo inaczej wariuję i przeklinam tak, jak teraz.
Jak sprawić, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie bezinteresownie? Żeby miło zaskoczył? Żeby po prostu był?
Chyba tylko się na nowo urodzić. Z lepszą urodą. W innym czasie. I miejscu.
Nie mam już kurwa siły.