Droga rozsądku
Cholernie tęsknię… Toczę wewnętrzną walkę już od dłuższego czasu i nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić. Walkę serca z rozumem. A to najtrudniejsza walka, z jaką można się mierzyć.
Retrogradacja Wenus i Merkurego nie pomagają i to pewnie z tego powodu wpadłam teraz w straszny kryzys.
Nie wiem, nic już nie wiem… Moje serce bije na dalekiej pustyni i nie mogę nic z tym zrobić. Jestem zupełnie wobec tego bezsilna, mimo że nadal walczę. Czy może raczej próbuję walczyć, ale mnie to przygniata. Serce nie chce się poddać i choć już prawie zdołałam je uspokoić, ono nagle powstało z kolan z podwójną siłą.
Może to wszystko się skończy, kiedy ukończę powieść? Może ja się tylko za bardzo wczułam w fabułę?
Ja już dłużej tak nie wytrzymam. Mam dość tego miotania się, tego ścisłego trzymania się ram i wybierania dróg rozsądku. To mnie wykańcza, dusi. Czuję się staro, czuję się, jakbym umierała w męczarniach. Niech się wreszcie to wszystko skończy!
Kiedyś marzyłam o małym, drewnianym domku nad fiordem, gdzie mogłabym się ukryć przed światem w samotności. Dziś marzę o tym, aby…
…pofrunąć za głosem serca i wypić sok z pomarańczy…
Ale nagle sobie przypominam, ile mam lat i spadam twardo na beton. Marzenie o domku nad fiordem nie jest już marzeniem – jest raczej koniecznością. Drogą rozsądku. Jedyną i słuszną, aby nikogo nie skrzywdzić. I to mnie zabija w środku. To gniecie moją duszę. Usycham.
Może w innym życiu? Muszę zatem najpierw umrzeć. Dosłownie lub w przenośni.
ⴰⵔⴽ ⵜⵉⵔⵉⵖ