Dziewczynka z zapałkami
Zauważam, że w tym roku ze wszech stron testowana jest moja asertywność. Jakbym przechodziła przez jakiś egzamin końcowy. Trudny. Bo chyba nic mi gorzej nigdy nie przychodziło, jak stawianie granic. Nie dlatego, że tego nie potrafiłam, ale dlatego, że potem odczuwam całą gammę emocji tego drugiego człowieka. Filtruję przez siebie, jak gąbka jego rozczarowanie, złość bądź inne negatywne uczucia. Boli mnie jego ból i boli mnie niesprawiedliwy odbiór mojej osoby.
To dość spory ciężar. Ale wiem już, że większym jest przyzwolenie. Z dwojga złego zatem, stawianie granic jest po prostu mniejszym złem. Swoją drogą, sama już nie wiem, czy zrobiłam się taka harda czy raczej to efekt trybu awaryjnego, w którym funkcjonuję. Nie mam absolutnie żadnych zasobów na dawanie ludziom kredytu zaufania ani nawet na samo rozważanie takiej opcji. Żyję w emocjonalnej biedzie.
Kończy się retro Merkurego, a ja nadal nie wiem, z czym ruszę do przodu. I tak minie kolejny rok. Przeleci przez palce.
Wybrałam drogę rozsądku, która najwyraźniej jest drogą skrajnej głupoty i masochizmu. Nie mogę zapomnieć i nie śmiem wracać. Czuję się podle. A przy tym nadal każdego dnia widzę przed oczami tylko jedną osobę. I zasypiam widząc tylko jedną osobę. I nadal nie do końca wierzę, że to może być aż tak silne i wyjątkowe. Że świat może na to pozwolić. Oszukuję samą siebie.
Chciałabym przyspieszyć czas do momentu, gdy oboje przejdziemy do tego drugiego wymiaru. Tam wreszcie się spotkamy i absolutnie nikt nie będzie nas oceniał. Nic już nam nie przeszkodzi. Wszystko sobie wówczas wyjaśnimy. Nie będzie żadnych barier.
A teraz mogę, co najwyżej zmrużyć oczy i na chwilę sobie ten moment wyobrazić. Jak dziewczynka z zapałkami.