Chłopak z pustyni
Jeszcze nigdy nie miałam tylu emocji kończąc powieść. I tak bardzo połamanego serca, choć wiem, że sama je sobie złamałam. Moja powieść kończy się happy endem. Ale co będzie ze mną? Nie wiem, jestem na dnie.
W każdy fragment włożyłam kawał serca i duszy. Każde słowo, zdanie, akapit – to wszystko wypływało ze mnie z potężnym ładunkiem emocjonalnym. I jak zwykle, gdy zasiadałam przed komputerem moje ręce, jakby przejmowała jakaś niewidzialna siła. Przed oczami widziałam moich bohaterów, słyszałam ich słowa, czułam ich obecność tak, jakby stali tuż obok. Momentami nie nadążałam spisywać tego, co się między nimi działo.
Codziennie ta sama rutyna wieczorem – kawa, słuchawki, moja autorska playlista ze Spotify „Desert love” i odpalony komputer. Minimum pięćset słów – tak sobie narzuciłam, ale zazwyczaj pisałam więcej. Ostatnie dni to istne szaleństwo. Ta historia biła we mnie tak mocno, że nie potrafiłam skupić się na swoim życiu. I pisałam od siedmiuset do tysiąca słów dziennie.
To moja trzecia powieść, ale pierwsza tak silnie emocjonalna. I pierwsza napisana w rekordowym czasie pięciu miesięcy. Zaczęłam dokładnie jedenastego listopada.
„Chłopak z pustyni” to opowieść o przekraczaniu granic. Tych dosłownych, a przede wszystkim tych mentalnych, tych stereotypowych, które sobie ludzie sami wymyślili na zgubienie swoich dusz. To historia o głębokiej miłości, połączenia duchowego bratnich dusz, które nie muszą się wcale dotykać, aby pokochać siebie całym sercem. Wbrew wszystkim i wszystkiemu.
„Chłopak z pustyni” to opowieść o tolerancji, niwelowaniu barier, walce serca z rozumem oraz potędze prawdziwego uczucia.
„Chłopak z pustyni” to opowieść o mojej wewnętrznej walce, moich własnych uprzedzeniach, słabościach, ale i o moim wielkim przebudzeniu.
Nic nie liczy się bardziej niż miłość. Absolutnie nic. I ta droga, którą przeszłam uświadomiła mi to bardzo wyraźnie, ale i boleśnie.
Miłość nie zna wieku, granic, różnych kultur, języków czy religii. I nie ma niczego droższego na świecie niż miłość drugiego człowieka. To największy dar, jaki ktoś może nam ofiarować.
Teraz pora na poprawki, ustawianie czcionek, marginesów i takich tam technicznych rzeczy. A także pora na sprawdzenie merytoryczne, czy gdzieś czasem nie pomyliłam imion albo czy nie zgubiłam logiki. Trochę to jeszcze potrwa zanim powieść zostanie opublikowana, ale dla mnie najważniejszym momentem w tym całym procesie jest dzień, w którym stawiam ostatnią kropkę. I ten dzień właśnie dziś nastąpił. Siedemnastego kwietnia, roku dwa tysiące dwudziestego piątego. Na równe dziesięć dni przed moimi urodzinami.
Teraz sobie płaczę i będę tak sobie płakała jeszcze przez jakiś czas.
Dziękuję Ci Moha – byłeś i jesteś moją największą inspiracją! / Thank you Moha – you were and you still are my greatest inspiration!
Dziękuję mojej córce Adzie! Tak dzielnie wytrzymywała te moje codzienne pisanie, odcinanie się na godzinę lub więcej z życia oraz rozmaite z tym związane huśtawki emocjonalne. Dziękuję, że przy mnie byłaś podczas pisania ostatniego fragmentu, kiedy ręce mi się trzęsły, a łzy leciały po policzkach…
Tę powieść chciałabym również zadedykować pamięci mojej zmarłej nauczycielki języka polskiego z dawnego Gimnazjum nr 1 w Środzie Wielkopolskiej – pani Katarzynie Kalisz. To ona pierwsza uwierzyła w moje pisanie i postarała się, by o moim ówczesnym opowiadaniu „Złudna nadzieja” zrobiło się głośno.