Witamina M
Wiecie, co jest w życiu najpiękniejsze? Szalone zwroty akcji. Niespodziewane lub te zaplanowane z premedytacją. W sekrecie. W tajemnicy przed całym niesprzyjającym światem. Najpiękniejsze są te momenty, kiedy się przekracza granice – te fizyczne i te mentalne. Kiedy przekracza się własne ograniczenia i te, które narzuciło stereotypowe myślenie społeczeństwa. Ale zdecydowanie w tym wszystkim najpiękniejsza jest potęga miłości, która udowadnia, że wszystko jest możliwe. Bezwarunkowo.
I już po tym wstępie mam w oczach łzy wzruszenia. Dawno tutaj słowa nie pisałam i teraz mam w sobie tyle do przekazania, że aż się ze mnie wylewa. Ale po kolei. Zacznę od tego, że niemalże dopiero co powróciłam z całkiem długiej podróży. Podróży, która była, jak sen. Jak historia żywcem wyrwana z pięknego filmu bądź powieści. Podróży, która pod względem duchowym była przełomowa. Podróży, która ostatecznie postawiła kropkę nad 'i’ rozstrzygając moją walkę serca z rozumem. Serce wygrało, ale rozum wcale nie przegrał. Pogodzili się po prostu.
Okres moich urodzin to czas święty. To dla mnie najważniejszy czas w roku. I wyznaczam go sobie na tydzień przed oraz tydzień po dniu urodzin. W tym roku spędziłam ten okres niemal całkowicie za granicą. I to nie jedną!
Ale nie będę teraz opisywać samej wyprawy, jak to mam w zwyczaju, bo po pierwsze nie jestem w stanie zmieścić teraz choćby wstępu, a po drugie – w tej chwili jestem chyba jeszcze zbyt zmęczona, by zacząć. Z tej okazji pojawi się po prostu nowa seria.
Zmęczona, ale szczęśliwa.
I tak mocno, mocno zakochana…
Zakochana w zachodzącym słońcu, smaku pomarańczy, zapachu świeżych ziół, dźwięku berberyjskich melodii… Zakochana w Jego czarnych oczach… I zaskakująco mocnych, kręconych, gęstych włosach… Zakochana w Nim. Tak po prostu. Bezwarunkowo.
Czy można być tak szalonym, aby odłączyć się od zorganizowanej wycieczki, pojechać na lotnisko jednego z największych miast i jednej z największych stolic w Europie po to, by wsiąść w samolot i polecieć do Afryki?
Można.
Czy można być tak szalonym, aby złamać wszystkie reguły zdrowego rozsądku, wymyślić alibi oraz wymówkę, tylko po to, aby posłuchać serca oraz intuicji?
Można.
I można o wiele więcej.
Byłam zaskakująco spokojna. Radosna. Miałam w głowie tylko czyste, wysoko wibrujące myśli. Niosła mnie siła miłości, a świat torował drogę. Towarzyszyły mi gołębie. Na każdym kroku. Pełno gołębi. W parach. Takich samych, jak te, które obudziły mnie tego jednego dnia na pustyni. I jeszcze koty. Nawet na lotnisku.
Czułam się, jak bohaterka własnej powieści. Ale tej, która dopiero się napisze. Tak sądzę.
I stało się. Razem w Marrakeszu. Czerwonym Mieście, w którym życie tętni tak bardzo, jak nigdzie indziej na świecie. Przechadzaliśmy się po placu Jemaa el-Fnaa popijając sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Tak bardzo nie wierzyłam na początku, kiedy mówił, że to się kiedyś spełni. Spełniło się. Jak zwykle miał rację.
Znów mam dwadzieścia lat. Dokładnie tyle skończyłam w swoje minione zaledwie tydzień temu urodziny.
A zresztą – coś ważnego odkryłam. Coś przełomowego! Otóż, podczas tej podróży odkryłam, tak naprawdę odkryłam, że… wiek to tylko liczba!
On jak zwykle miał rację 😉
Wiem już, że moja depresja, w której tkwiłam to był proces umierania. Umierało moje dotychczasowe życie. Teraz narodziło się zupełnie nowe. Jestem inną osobą. Tą samą, ale jednak inną.
Przekroczone trzydzieści siedem i pasy mocno zapięte. Te lotnicze w szczególności… Byle w stronę słońca. Zachodzącego słońca.
Nieważne dokąd, bo gdziekolwiek się nie znajdę to wiem, że miłość poniesie mnie do miejsca, w którym być powinnam.
Jestem miłością. Kocham i jestem kochana ze wzajemnością.