Gorszy sort
Tulipany. Zawinięte w ciasne pączki. Owinięte folią w serduszka. Rozerwałam folię. Zostały same tulipany. Nie wiedziałam jeszcze, jakiego koloru. Najważniejsze, że bez serduszek. Pozbawione serc. Czy może jednak…?
Sama sobie kupiłam tajemniczy bukiet. Szłam z nim wspartym na ramieniu przez gęsty mrok późnego, sobotniego wieczoru. W niedzielę przywitały mnie zapachem. A dziś kolorem. Czerwone. Jak… jak co…?
Siedem sztuk, które rozdzieliłam na trzy wazony. W jednym siedzi piątka, a w pozostałych dwóch mniejszych, pojedyncze indywiduum. Obok siebie. Niespodziewanie zaczęły się przytulać. Obejmują się, chociaż stoją w swoich wazonach. W swoich małych twierdzach są sobie bliższe niż ta piątka w kupie.
Jeden wazonik jest różowy, a drugi morski. Tak różne.
Chciałabym napisać, że nie obchodzę Walentynek, ale całe moje otoczenie je obchodzi. Wszystko, co stanowi lub wpływa na mnie samą. Sama siebie rozpieszczam i daję tyle miłości, ile przez lata sobie jej żałowałam. Chcę nadrobić.
W imię tej miłości uwalniam się od tego, co szkodzi, krzywdzi, nie przynosi efektów.
Odchodzę od drzwi, których nikt nie otwiera.
Ucinam więzi, które potrafią tylko ze mnie czerpać, a nie dają nic w zamian.
Gaszę to, co nie ma perspektyw.
Otwieram okno, by wywietrzyć swąd.
Oczyszczam się.
Patrzę na każdy szczegół.
Maluję paznokcie i zakładam sukienkę.
Słucham głośno muzyki i śpiewam jeszcze głośniej.
Idę na spacer i patrzę na zachodzące słońce, pędzące autostradą samochody.
Spoglądam w niebo na wzbijający się samolot.
Przywołuję pozytywne wspomnienia.
Patrzę w przyszłość z nadzieją.
Rozmawiam z kotem i wyskubuję mu kępkę futerka.
Żartuję i się śmieję.
Zaparzam sobie ulubioną herbatę.
Zapalam świeczki i gaszę światła.
Pracuję, jak majster na budowie i odpoczywam, jak na rajskiej plaży.
Zamykam się na to, co wzbudza niepokój i podnosi głos intuicji.
Otwieram się na to, co przyniesie horyzont.
Płynę dalej na mojej wikińskiej łodzi.
Patrzę z nostalgią na Pana Idealnego. Czy na pewno chcę podążać dokładnie tą samą, co on drogą?
Nie.
Ja mam swoją łódź. Swój kurs. Swoje wiosła.
Mogę się ciągle wiele od niego nauczyć, wziąć wiele przykładów. Ale płynąć muszę i chcę po swojemu.
Trzy lata temu, w dzień po Walentynkach został złożony do sądu mój pozew rozwodowy. To były pierwsze Walentynki, gdy odważyłam się okazać sobie tyle miłości. Wbrew wszystkim i wszystkiemu. Wyklęta przez rodzinę. Zdegradowana w oczach społeczeństwa. Świadomie stałam się gorszym sortem i jestem z tego dumna. Tylko ja wiem, że nie jestem żadnym sortem. I tylko to się liczy.
Nie zawrócę. Płynę dalej, przed siebie. Płynę z całą swoją miłością.