Z włoskiego Dolce Vita do Marrakeszu

Dolce vita – odcinek dziesiąty

„Szkoda czasu, noc niemłoda, musisz wiedzieć, że ja ciebie też…” – tymi słowami z piosenki mogłabym określić nasze ostatnie, wspólne godziny. Bardzo piękne i jednocześnie pełne narastającego napięcia przed rozstaniem na kolejne, długie tygodnie.

Ileż to razy zadawałam sobie pytania: „Dlaczego po tych wszystkich przejściach spotyka mnie teraz związek na odległość? Czy nie dość już wycierpiałam?”. Ale po stokroć wolę związek na odległość z takim człowiekiem, jak On aniżeli setki pustych relacji na wyciągnięcie ręki. Owszem, tęsknota doskwiera, teraz jeszcze bardziej niż po sierpniu, ale… dla prawdziwego uczucia to nie jest problem. Taka relacja jest warta cierpienia i to naprawdę czuć, że jakiekolwiek poświęcenie ma tutaj sens. Czuć głębię i prawdę, wbrew całemu światu.

Obejrzeliśmy film na Netflixie. Śmialiśmy się, żartowaliśmy i tak mocno, mocno tuliliśmy się do siebie. Mieliśmy wstać o drugiej w nocy, aby o trzeciej być gotowym na przyjazd taksówki. Linia lotnicza wysłała mi surowego maila, że muszę być na lotnisku już trzy godziny przed czasem. Miałam bagaż rejestrowany, więc wolałam się ich posłuchać. Zwłaszcza, że jak już wcześniej wspomniałam, nasłuchałam się wiele legend o Menarze – że to lotnisko gigant z gigantycznymi kolejkami. Odlot miał być o szóstej, więc tak na to wychodziło, że muszę być na miejscu najlepiej o trzeciej, trzeciej trzydzieści. On zresztą też podobnie. Okazało się, że miał również w tym dniu lot na Errachidię, do domu, zaledwie niecałą godzinę po mnie. Zatem oboje zamierzaliśmy wsiąść do samolotu. Niestety, w różnych kierunkach.

Ech, to była scena, jak z filmu…

Sama podróż taksówką była już bardzo przykra. Zostało nam tak niewiele czasu…

Ale wracając do naszej ostatniej nocy. Chcieliśmy – chyba – zasnąć w miarę wcześnie, by zdążyć się trochę wyspać do tej drugiej. A w praktyce strasznie szkoda nam było tracić ten czas na spanie. Poza tym i tak nie byliśmy senni. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się tak bardzo, bardzo dużo i mocno! Czas płynął nieubłaganie, a my tego w ogóle nie odczuwaliśmy. Chłonęliśmy siebie do maksimum. Jakby chcąc nacieszyć się sobą na zapas. Gdy zadzwonił budzik o drugiej, roześmialiśmy się jeszcze bardziej. No to sobie pospaliśmy!

„Because the night belongs to lovers, because the night belongs to us!”

Kiedy znaleźliśmy się na Menarze, okazało się, że legendy czasem kłamią. Lotnisko było niemal puste. Żadnych kolejek. Nigdzie. Od razu pomyśleliśmy, że trzeba było jednak trochę przez palce potraktować maila od Pana Ryana. Mimo wszystko, liczyliśmy, że te trzy godziny zdołamy jeszcze spędzić razem na terminalu. Niestety, okazało się, że loty międzynarodowe i krajowe są w dwóch różnych strefach. Ustawiliśmy się najpierw w kolejce do kontroli bezpieczeństwa – mnie przepuszczono, ale jego odesłano. To było tak nagłe i dramatyczne. Nie spodziewałam się, że mogą być dwie różne kontrole bezpieczeństwa i że w ogóle loty wewnętrze to zupełnie osobne lotnisko na lotnisku. Przytuliliśmy się jeszcze tak na szybko – pomiędzy nami była taśma, obok strażnicy i inni pasażerowie. Płakać mi się chciało. Tak dobitnie wtedy poczułam cios, jaki zadają nam granice państwowe. Ta cholerna taśma była takim okrutnym ich symbolem.

Idąc dalej do kolejek kontroli bezpieczeństwa odwracałam, co chwila głowę w jego stronę. On tak samo. Oddalaliśmy się patrząc na siebie, aż wreszcie straciliśmy się z widoku. Już od tej podłej chwili nasz kontakt na nowo przeniósł się wyłącznie do internetu.

Wtedy też zmęczenie i nieprzespana noc dały mi się we znaki. Może i lepiej, bo ono mnie trochę znieczuliło. Coraz bardziej musiałam skupiać się na tym, aby nie zasnąć i nie przespać otwarcia bramki. Wreszcie się doczekałam wejścia na pokład. Kierunek – Kraków. Zasnęłam momentalnie po starcie, patrząc wcześniej na budynek Menary tak długo, aż nie zniknął z widoku. Oraz na stojące samoloty, bo w którymś z nich on już też siedział i czekał na start. Spałam przez calutki lot, ponad cztery godziny.

Oszołomiona tym wszystkim wysiadłam na Balicach. Po raz pierwszy w życiu odwiedziłam ten port. I pomyśleć, że zaczynałam swoją podróż na Okęciu. Niezłą pętlę zrobiłam! Warszawa, Rzym, objazd Ligurii, Toskanii, Monako i Nicei, znów Rzym, a potem Marrakesz i twarde lądowanie w Krakowie. A na koniec jeszcze tylko pociąg do mojego Poznania.

To była najbardziej ekscentryczna i romantyczna podróż w moim życiu! To była podróż za głosem serca. Tak bardzo się cieszę, że ono wygrało tę ciężką batalię z rozumem, która roztaczała swoje krwawe bitwy przez praktycznie całą jesień i zimę. Po to, by na wiosnę przyszło wielkie odrodzenie i wygrana. Wygrana mojego poharatanego serca, które mimo ran nadal chce ufać i kochać do granic możliwości. Chce kochać pomimo wszelkich granic! A rozum nie miał innego wyjścia, jak tylko się z tym pogodzić.

Jadąc taksówką z Balic na dworzec PKP w Krakowie w radiu usłyszałam piosenkę: „Taki mały ja, taki wielki świat, Mama mówiła mi, 'Walcz, bierz co twoje i nie pytaj'” i bardzo się wzruszyłam. Byłam z siebie dumna, że się odważyłam. Nie tylko na tę podróż, ale przede wszystkim na otwarcie serca. Bo to było znacznie trudniejsze niż połapanie się w kolejnych lotach, dworcach i innych niuansach przebywania oraz przemieszczania się za granicą.

Love is never wrong.

Verified by MonsterInsights