Możecie nawet nade mną zapłakać
Truskawkowa pełnia w Strzelcu przynosi mi małe rozterki. Małe, ale jednak rozterki. Dlaczego moja miłość musi być taka trudna? Czyż nie dość trudności już przeszłam? Nie zasłużyłam na spokój? Dlaczego choć raz, jeden jedyny raz w życiu nie może być tak po prostu normalnie? Cokolwiek to znaczy…
Najwidoczniej nie może, bo to by zapewne szybko mnie znudziło. Udusiło mnie życie takie, jakie wiodą wszyscy. Ja nie jestem wszyscy. Jestem cholernym odmieńcem. Co stanowi zarówno dar, jak i przekleństwo.
Próbują ściągnąć mnie w dół, zakuć w ścisłą formę zbudowaną ze świętości, moralności, zasad i standardów społecznych. Wszystkiego, co wypada, a co nie. Hierarchii społecznych, podziałów wszelakich na lepszych i gorszych. Jak księżniczka w wieży mam siedzieć i czekać, aż uschnę. Bo podobno jestem jakaś lepsza. Wcale nie jestem. Śmieszne to. Raz najgorsza, a innym razem lepsza. To proszę się w końcu zdecydować!
Czerwiec miesiącem równości, różnorodności i jednocześnie pełni pogardy wobec inności wszelakich.
Zimny czerwiec jest w tym roku. Oj zimny, bardzo. Pora wyjechać tam, gdzie słońce świeci jaśniej. Cieplej. I zachodzi najpiękniej.
Chcecie mnie żywą czy chcecie mnie martwą?
Mogę przyodziać habit, urządzić huczne imieniny, emocje stłumić, wyciszyć, zakuć w kajdany i wtrącić do lochu, bo przecież tak trzeba – emocje należy tłumić, a nie dawać im upust. Mogę chodzić do kościoła, nawet codziennie, tłuc kotlety na obiad i wytrząsać się nad swoim dzieckiem bombardując nadopiekuńczością, jak na prawdziwą matkę polkę przystało. Mogę rozmawiać tylko po polsku z Polakami, bo my nie gęsi czy jakoś tak. I znaleźć sobie mogę „eleganckiego kawalera”, co spełnia szeroko rozumiane standardy rodzinne, bo to przecież takie proste i naturalne. Mogę zracjonalizować miłość, bo każde zauroczenie mija, a potem przychodzi codzienność. Mogę zamknąć serce w złotej klatce. A potem cierpieć duszy katusze. I umrzeć za życia, mając lat dziewięćdziesiąt przed czterdziestką.
Mogę też żyć tak, jak na prawdziwą wiedźmę przystało. Według własnych zasad. Pełnią serca i duszy. Iść i płynąć pod prąd. Udowadniać, że standardy są po to, aby je łamać. Odkrywać nowe ścieżki i prowadzić nimi innych. Być emocjonalną wariatką. Podejmować ryzyko i chwytać momenty. Z wiatrem i kwiatami we włosach oraz henną na dłoniach i nordyckimi tatuażami z run. Albo czymkolwiek, co tam sobie wymyślę. Mogę być tak bardzo nieidealna w oczach innych, jak to tylko możliwe. Mogę sobie połamać serce jeszcze setki razy, ale mając przy tym to poczucie spełnienia, że spróbowałam, że pozwoliłam sobie na uczucia, że odsłoniłam się, jak naiwne dziecko – że wykorzystałam to, co przyniósł los. Wolę po stokroć bardziej ucierpieć na swojej naiwności aniżeli być tą, która krzywdzi w imię jakichś zasad albo i bez żadnych zasad. Wolę żyć i się tym życiem oparzyć, jak promieniami południowego słońca w zenicie, niż zamknąć się w bezpiecznym bunkrze, czy też raczej ciemnym i zimnym grobie.
Możecie mnie wykląć, wyśmiać, spalić na stosie. Możecie nawet nade mną zapłakać. A róbcie, co chcecie.
Przecież jestem tylko puchem marnym.
Jak i my wszyscy, co zjawiamy się tutaj tylko na chwilę.
Najgorszym złem tego świata jest strach, ale i niewiedza, a w szczególności opór przed jej zdobywaniem i doświadczaniem.
Dlaczego moja miłość musi być taka trudna? Ona nie jest trudna – ona jest prawdziwa.