Sztorm

Moja walka – moja modlitwa

Podobno podczas wiatru chorzy psychicznie wariują jeszcze bardziej. Takie porzekadło ludowe. Nie słyszę wiatru, a syreni śpiew. Piękny i jednocześnie przerażający. Mam gęsią skórkę. Budzę się bez powodu przed piątą nad ranem i widzę błysk pioruna. Czwartek dzień Thora – pomyślałam. Thor rzuca piorunami, bo ma swój dzień. Moja łajba się mocno kołysze. Chyba po raz pierwszy przestraszyłam się samotności.

Albo to wyrzut sumienia za odrzucenie osoby, z którą być może udałoby mi się stworzyć ciekawą relację. Te emocje nadal się we mnie burzą. Zataczają o rozmaite skrajności. W jednej chwili go pragnę, by za moment brzydzić się tym uczuciem. Ja i on?! Co?! To niemożliwe! To krok wstecz. Poważny krok wstecz. Przecież jest cicho i głucho. Nie odzywa się. Nie pisze. Nie czyta. Nie interesuje się mną. Już to przerabiałam. Już byłam dla kogoś duchem albo gumową lalką. Panicznie się boję. Nigdy więcej nie zostanę duchem ani gumową lalką!!!

Krzyczę i słucham głośnego death metalu. Odbijają mi się stare porywy serca, jak tania kiełbasa. Mdli mnie.

Ja chcę się tylko do kogoś przytulić. Wczepić się pazurami, jak kot. Ja chcę się do niego przytulić. Tak po prostu. Nie chcę już słyszeć tego wiatru! Chcę czuć czyjeś ciepło i bicie serca. Chcę czuć jego ciepło i bicie jego serca.

Wytrzymaj – mówi mi jakiś wewnętrzny głos. Wytrzymaj wojowniczko. Zaczekaj jeszcze trochę. Zajmij się czymś.

Czy ja w ogóle potrafię kochać? Jestem skołowana. Obawiam się, że ja nigdy nikogo nie kochałam. I ja nie wiem, czy ja w ogóle potrafię.

Tak, to prawda. Chorzy psychicznie podczas wiatru wariują jeszcze bardziej.

Pytam się siebie, co bym teraz najchętniej zrobiła? I odpowiadam tak: napisałabym do niego, że strasznie tęsknię. Za rozmowami, żartami, jego zapachem. Że chciałabym, aby tu teraz do mnie przyjechał. Usiedlibyśmy razem na kanapie, obejrzelibyśmy jakiś serial. Przeczekalibyśmy ten sztorm wspólnie. Wtulilibyśmy się w ciasne objęcia i tak zostalibyśmy do rana. Potem wiatr by ustał. Wyszło słońce. Odpalilibyśmy swoje komputery i zaczęlibyśmy pracę, jak podczas zwykłego dnia. Ale ten nie byłby już zwykły.

Następnie mówię sobie – nie wolno! Zapomnij o nim. To nie ten. On jest taki sam, jak dwaj poprzedni. Nie interesuje się tobą, a jedynie twoim wyglądem. Lub z braku laku jesteś dla niego opcją. Tylko opcją. Na bezrybiu i rak ryba.

Czy ja jestem rakiem? Jestem cholernie wściekłym bykiem miotającym się między zwrotnikiem raka a koziorożca…

Odrzuciłam Cię, bo milczysz! Jestem wściekła, rozumiesz? Milczysz i tchórzysz. Ja nie mam siły… Ja już nie mam siły się za nikim uganiać, mówić krok po kroku, co powinien zrobić, pisać skrypt automatyczny…

Błagam cię Thorze, władco piorunów, synu O dyna, obrońco tego nędznego, miotanego zarazą i wojnami Midgardu, błagam cię Thorze, pomóż mi przetrwać tę burzę. Postaw na mojej drodze kogoś, kto stanie ze mną ramię w ramię. Kto będzie odważny i kreatywny, nie mniej niż ja sama. Kogoś, kto będzie patrzył w tym samym kierunku i stał obok. Tuż obok. Daj mi o wielki Thorze drugiego takiego wojownika, jak i ja. Niech ten wiatr ześle ulgę. Mogę i chcę iść dalej, wiem, że dam sobie radę. Ale… ale ja tylko chcę tę podróż z kimś dzielić i nawzajem się asekurować. Stać plecami do siebie, by tyłów bronić. Wspólnie sterować łodzią i chronić się przed zdradzieckim śpiewem syren. Thorze, niech ta burza przyniesie potrzebne oczyszczenie. Niech wiatr przegna wszelkie wątpliwości. Błagam cię o wielki Thorze – o wielki Boże, pomóż!

„Thor!

Let your hammer fly

Let the lightning crack the blackened skies”

„Crack the sky” – Amon Amarth

Verified by MonsterInsights