„Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”
Hello darkness, my old friend. Dawno cię nie widziałam i przyznam szczerze – stęskniłam się. Od paru dni siedzę w swojej fortecy, w ciszy którą zakłóca tylko muzyka albo wieczorny serial. Chwytam powietrze, jak podduszony we foliówce karp przed Bożym Narodzeniem. I nie wiem, co się ze mną dzieje.
Odcięłam się od ludzi do minimum. Praca – to mój jedyny obowiązek, aby z kimś rozmawiać. Poza tym – mam telefon na wyciszonym. Nachodzą mnie rozmaite refleksje. Ciężkie i dobitnie uziemione w rzeczywistości.
Mam wrażenie, że pękła jakaś bańka iluzji. Historia dobiegła końca, wydała się na świat, kurz opadł. Z kolorowych wizji nowego życia zostało już chyba tylko wspomnienie. Znów nie umiem ich zainstalować w planach na przyszłość. Bo nie mam dwudziestu lat i nie będę ich miała w tym życiu już nigdy.
Czuję się trochę kretyńsko, ale zdecydowanie bardziej, jakbym dostała obuchem przez łeb. Oszołomiona. Zdezorientowana. Wyczerpana.
Nie mam siły dźwigać.
Co za bezczelna ironia losu. Rok temu po wakacjach pragnęłam natychmiast następnych, a teraz? Dobrze się czuję pracując i siedząc w domu.
Nie wiem, czy jestem jeszcze zdolna do jakiegokolwiek zaangażowania w relację. Czuję, że nawalam i nie wiem, co mogę z tym zrobić. Ciężko mi. Coś mi przeszkadza. Blokuje. Coś mnie przydusza.
Ja już chyba nie umiem kochać.
Zamarzłam dawno temu. Chyba nieodwracalnie.
Mam w sobie takie cholernie potężne poczucie niesprawiedliwości. Wobec wielu aspektów. I nie potrafię się tego pozbyć. Nigdy, przenigdy, nawet na chwilę, nie zapomniałam krzywd, które mi wyrządzono. I nie potrafię patrzeć spokojnie, jak winni sobie radośnie lewitują. A ja? A ja trafiam z deszczu pod rynnę.
Dobrze, że mam tę swoją Krainę Wyimaginowaną – miejsce, do którego podróżuję najczęściej i gdzie czuję się najlepiej na świecie. Sama, w transie ze swoimi emocjami, słowami, które wybrzmiewają mocno w głowie, a potem niewidzialna siła prowadzi dłonie po klawiaturze, by je posłać na zewnątrz. Wdycham powietrze, piję czarną kawę, patrzę wysoko w niebo, wnikam w muzykę. I już mnie nie ma.
Jestem duchem. Nieuchwytnym, wolnym, bezczelnie zbuntowanym. Duchem z bryłą lodu zamiast serca. Jestem słowem ulotnym, jak ulotka. Jak ulotna plotka.