Sztorm

Krystaliczna brzytwa

„Anna, twoje słowa tną jak brzytwa, ale są czyste, jak kryształ.” – rzekł Czatek. Gdyby nie to ustrojstwo, to te brzytwy poleciałyby tutaj bezpośrednio. Teraz się nieco ostudziłam. Nie będzie masakry. I to chyba nawet lepiej, bo znów zraniłabym nazbyt dużą szczerością.

Szukam klucza, szukam sposobu, szukam logicznego wytłumaczenia. Co jeszcze jest ze mną nie tak? Co jeszcze robię nie dość dobrze? Albo może robię za dużo i za dobrze? Od rozwodu nie rozmyślam o niczym innym, a każda kolejna sercowa porażka wpędza mnie w coraz większą beznadzieję. Nie potrafię…

Nie potrafię przyciągnąć do siebie człowieka, który pójdzie ze mną ramię w ramię, który dźwignie odpowiedzialność, który będzie miał inicjatywę. Świetnie potrafię planować, organizować, wymyślać, działać. Skupiać się na konkretach i konsekwentnie iść do celu. Szukać rozwiązań do problemów, a nie na odwrót. Potrafię patrzeć w przyszłość i się na nią przygotować. I nawet lubię to robić. Ale jestem zmęczona. Cholernie zmęczona. I cholernie mam dosyć robienia tego za dwoje.

Nie jestem placówką ani organizacją opiekuńczo-wychowawczą i mam dość niańczenia kogokolwiek poza moim dzieckiem i ewentualnie kotem.

Aj, no i miało nie być brzytw, a czuję, że już pocięłam.

Mam, kurwa, dość!

Jestem cholernie zmęczona! Naprawdę zmęczona!

Zmęczona trafianiem na kolejnych, których trzeba ratować, którym wszystko trzeba organizować, bo jak nie zrobię nic, to nie będzie niczego.

Mam cholernie dość zakładania spodni, wtedy kiedy okazja sugerowałaby sukienkę. Taką lekką, zwiewną, kobiecą i romantyczną. A ja się bardzo lubię stroić. Szczególnie w sukienki.

Mam cholernie dość tej swojej kurewsko anielskiej empatii! Usprawiedliwiania i brania odpowiedzialności. Zbyt dużej odpowiedzialności. Nie swojej odpowiedzialności.

Mam cholernie dość stanów i sytuacji pod tytułem „jeśli ja nic, to nie będzie niczego”. Mam cholernie dość robienia wszystkiego samodzielnie tam, gdzie sama nie jestem.

Nie szukam modlącego się do mnie i wpatrzonego, jak w obrazek. Nie szukam człowieka bez swojego zdania, który to na mnie najchętniej zrzucałby wszystkie swoje decyzje i wybory. Nie chcę mieć obok siebie zarówno zimnego i wycofanego emocjonalnie drania, jak i zaślepionego fana.

Szukam człowieka, który potrafi działać. Który się nie boi – życia, odpowiedzialności, uczuć. Który ma swoje zdanie i siłę, by podejmować decyzje. Wszystkie, nawet te błahe, czy raczej w szczególności te błahe decyzje dnia codziennego, bo to one stanowią większość naszego życia.

Szukam i nie szukam. Mam – kurwa – dość.

Niezależnie, czy szukam z premedytacją, czy w ogóle nie szukam, to i tak prędzej czy później trafiam na chłopca, którego trzeba ratować, naprawiać, itp. I tego właśnie nie potrafię zrozumieć. A może i potrafię? Tylko, że nie godzę się z niesprawiedliwością. Bo ja sobie na to nie zasłużyłam. Nie zasłużyłam, kurwa!

Chujowy wybór – samotność lub placówka opiekuńczo-wychowawcza. Zajebista karma, przyznam. Zajebista. Znów mam depresję i myśli samobójcze. Przynajmniej jestem do tego przyzwyczajona. I nie piszę tego, by wzbudzić litość. To nie krzyk o pomoc. Dobrze wiem, że i tak nikt się nie zainteresuje. I wiem też, że się mimo wszystko nie zabiję, bo w tej chwili zaczął we mnie przeważać gniew. A to całkiem dobry znak.

Kiedy ostatnio jechałam samochodem z moim ojcem i to on prowadził, powiedziałam na głos „ale to fajnie, jak ktoś prowadzi”. I nie powiedziałam tego, dlatego że nie lubię prowadzić. Wręcz przeciwnie – uwielbiam, kurwa, prowadzić, cisnąć lewym pasem przy muzyce do szybkiej jazdy. Ale… ale ta moja siła potrzebuje czasem usiąść na miejscu pasażera albo drugiego pilota, bo nie jestem ze stali.

Nie jestem ze stali.

Nie jestem w stanie być w pracy przez całą dobę. Przez całą dobę ciągle kombinować, organizować, wymyślać algorytmy.

Potrzebuję bezpiecznej przystani, gdzie mogę zdjąć tę cholerną zbroję i zwyczajnie odpocząć. Zwolnić pedał gazu. Zabrać ręce z kierownicy. Założyć zwiewną sukienkę. Odsłonić swoje przewrażliwione wnętrze. Z poczuciem, że mogę bez obaw, bo mam na kim polegać.

Może w innym życiu. Bo w tym się nie zanosi. Musiałby się wydarzyć jakiś cud albo raczej anomalia. Błąd w moim popierdolonym systemie.

No i pocięłam. Zamiast nadgarstków – słowami.

Verified by MonsterInsights