Abordaż
Powoli przebudzam się wypluta przez wzburzone morze na brzeg jakiegoś lądu. Nawet nie wiem, jakiego. Kontynent? A może wyspa? Nie wiem, co się stało, ale jedno wiem na pewno – to nie było moje. Nie czułam tej energii, jako swojej. Ona przyszła z zewnątrz, jak nieproszone, chłodne ulewy w środku lipca. Nie, nie jestem chora. Jestem po prostu cholernie wrażliwa i chłonę wszystko, jak gąbka.
Zła energia. Bardzo zła. Taka, która chciała wyrządzić mi naprawdę wielką krzywdę, włączając zdrowie, a może i nawet życie. Mój organizm podświadomie zbudował fizyczny mur obronny, co mnie potwornie zdezorientowało. No bo jak to – przytyłam, mimo że nic nie zmieniłam w diecie ani trybie życia? Mój brzuch nagle zamienił się w jakąś oponę, mimo, że zawsze miałam dobrze zarysowaną talię. Co się stało? Ano, to się stało, że wytworzyła się silna defensywa przed równie silnym atakiem.
Komuś albo i całej grupie ludzi bardzo nie spodobało się, że znów wydałam powieść. A także i to, że podróżuję, daleko i często. I, że się zakochałam. Nie twierdzę, że to było celowe. Mogło być zupełnie nieświadome, ponieważ nasze sukcesy mogą rozdrapywać czyjeś rany. Czyjeś słabości. Czyjeś lęki.
To tak, jakby mieć, powiedzmy, skaleczoną stopę do tego stopnia, że każdy krok wywołuje ból. Ale cierpiący będzie to ukrywał, bo nie chce być wykluczony. Skoro więc to ukrywa, to ktoś może pewnego razu wpaść, chwycić go za rękę, pociągnąć i entuzjastycznie zawołać: „dalej, wyłaź z domu, idziemy biegać!”. Niezależnie od relacji między nimi, ten cierpiący zupełnie odruchowo może wtedy wrzasnąć, zaatakować. I człowiek oberwie nie wiedząc za co oberwał, a tak naprawdę oberwał za czyjś skrywany ból. Ból, z którym nie umie albo może bardziej nie chce sobie poradzić. Woli go tłamsić i udawać. A gdy tylko ktoś spróbuje swoimi działaniami go odkryć, to ten ktoś obrywa.
Tak właśnie działa nieświadome złorzeczenie.
Mniej więcej.
Plus oczywiście istnieje takie bardzo świadome.
Nie wiem, który koktajl negatywnej energii otrzymałam. Być może oba. No i cóż – mogę powiedzieć tylko jedno – trudno, zdarza się. Nie mam nikomu nic za złe. Jedynie Wam kibicuję, byście się z tymi swoimi bólami i słabościami, jak najszybciej uporali. Przezwyciężyli lęki, no bo strach jest największym złem tego świata. Jak również niewiedza. Zatem polecam, przynajmniej od czasu do czasu wniknąć w historię czyjegoś sukcesu, by zobaczyć, jak trudną drogę dana osoba musiała przejść. Bo to jest pewne, że żaden sukces nie spada samoistnie, jak deszcz z nieba. Każdy jest okupiony wyrzeczeniami, cierpieniem, poświęceniem. I do każdego prowadzi cholernie kręta, skalista i wyboista droga.
Zresztą, te moje powieści to nie jest jakiś wielki wyczyn. To, że napisałam, to zaledwie połowa sukcesu. A może i mniej. By cokolwiek z tego było trzeba przebić się przez siermiężne mury promocji, marketingu, układów rozmaitych, wielkich ludzi i hejterów. To dzicz. Jedna, wielka dżungla. I to nie na moje nerwy.
Ja piszę przede wszystkim dla siebie. Nie zależy mi na rzeszach czytelników. Nie chcę się nikomu wpraszać – jak ktoś będzie naprawdę zainteresowany, to znajdzie moje książki i mnie. Ja nie zamierzam się nikogo o nic prosić i rozsiewać cukierkowe posty tu i ówdzie, jaka ta powieść jest fajna i byleby ją kupić. O nie, to zupełnie nie moja bajka. Zresztą, to czyste kłamstwa – nie mogę głosić, że moja powieść jedna z drugą jest fajna, bo to tylko moja opinia. Jaka ona jest – każdy sam oceni. Dla każdego będzie inna, to akurat wiem na pewno.
A tak już kończąc – złego diabli nie biorą. Jestem wiedźmą – pamiętajcie. Jestem dwudziestką siódemką. We mnie uderzać nie wolno. Serio. Ale trzymam za Was kciuki, żebyście się jakoś wykaraskali po kontrataku. Nieświadomym. Obronnym. Wiedźmińskim. Ups…