Na pełnym morzu

Playlista

Postanowiłam w tej chwili, że skoro od jakiegoś już czasu czuję się, jak duch to teraz zamierzam przywrócić się do życia. Obudzić rozmaite emocje. Wypisać tutaj wszystko, co przyjdzie na myśl. Jak woda z kranu. Jak wodospad. Bez kontroli. Bez przesiewania. A zapalnikiem będzie playlista ulubionych utworów na moim Spotify – ponad pięćset utworów rozmaitych, skrajnych gatunków. Oczywiście puszczona w losowej kolejności. Może ktoś odgadnie, co mogło lecieć przy danym fragmencie?

Żartowałam – i tak nikt nie zgadnie. A jeśli nawet, to i tak się o tym najpewniej nie dowiem i nie będę mogła potwierdzić. W kwestii całej reszty absolutnie nie żartowałam. Zatem – zaczynam.

Pamiętam, jak wracałam. Po długiej i zakręconej ścieżce. Jak się cieszyłam, że zechcieli mnie z powrotem. I nadal się cieszę. Nadal jestem wdzięczna i nadal siedzę na tyłku. Nie chcę się stąd ruszać, choć być może miałabym lepsze możliwości gdzieś indziej. Lecz jak to mówią – wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. Znalazłam swój dom, można powiedzieć. Swoje miejsce. Swój vibe. Przestałam przeskakiwać z miejsca na miejsce. Ustatkowałam się chyba. Przeszłam wiele nim osiadłam, ale bez tych przejść nie mogłabym osiąść. To dobra analogia. Powinnam zastosować ją w innej dziedzinie życia. A może właśnie już to robię? Tylko, że ta dziedzina, o której myślę – tam nie ma w przeszłości żadnego punktu, do którego chciałabym powrócić. Tak, jak powróciłam tutaj i osiadłam stabilnie.

Pamiętam te mroczne dni. W zamknięciu. Odosobnieniu. Czy tego chciałam, czy nie – to się po prostu działo wszędzie. Świat zamarzł. Skostniał. Zmienił się nieodwracalnie. A pamiętam, że chciałam tej izolacji. Bardzo jej potrzebowałam po tych wszystkich burzach. Musiałam się odnaleźć. Odbyłam w ostatnich latach wiele podróży, ale ta jedna – w głąb siebie – ona była i jest najważniejsza. Tak, zakochałam się w swojej bajce. W swojej Krainie Wyimaginowanej. Zbudowałam wewnętrzne imperium. Stałam się wiedźmą.

Chodziłam w deszczu brzegiem morza. Wzburzone fale oblewały mi stopy. Wdychałam głęboko powietrze, które do niedawna było podobno tak bardzo skażone. Cofnęłam się myślami do lat młodzieńczych. Zawędrowałam do zakątków, które wywoływały tamte emocje. I te fale – tak samo wzburzone, jak wtedy. Sztorm. Ale taki oczyszczający i uzdrawiający.

Albo góry – odczarowane góry. Jak na ironię, to mężczyźni sprawili, że góry były dla mnie traumą i to później też mężczyzna – mój kolejny kat – sprawił, że się do nich przekonałam. Kat został katem, a ja zdobywałam kolejne szczyty. Kamyk po kamieniu. Z dziką satysfakcją. W szybkim tempie. Odkryłam, że mój największy kompleks – masywne nogi – są jednym z moich największych atutów. Dzięki nim mogę łazić niemal bez końca po skałach. Jak kozica. Nie męczę się praktycznie wcale. Na dwudziestokilometrową trasę wystarcza mi batonik i trochę wody. To się stało moim nowym rytuałem i tradycją – od tej chwili każdej jesieni wyjeżdżam sama w moje ukochane Sudety.

O, albo moja nordyckość. Nigdy nie sądziłabym, że fascynacja norweskim skoczkiem narciarskim w wieku piętnastu lat przerodzi się w prawdziwą miłość do Skandynawii. Nieustającą. I do mitologii nordyckiej. I całej tej magii. Moje tatuaże – runy. Różnie ludzie mówią – by run nie tatuować, bo są zbyt mocne, bo po czasie przynoszą odwrotny skutek i zniszczenie. Ale ja tak tego nie czuję. Nie wobec moich run. Jakbym od wieków była z nimi związana. To zarówno alfabet, jak i narzędzia magiczne. I mam – nie wiem skąd – absolutnie przeczucie, że od wieków umiałam nimi władać. Dlatego podświadomie wiedziałam, co robię, kiedy kazałam sobie je wytatuować. To część mnie. Od wieków.

Wystrzegaj się, wystrzegaj się córki morza. Tej trollicy. Tej wiedźmy. W morzu jest wszystko, co kocham. W morzu widzę Boga. Tylko morze mnie uspokaja. Doprowadza do równowagi. Mogłabym tak chodzić brzegiem w nieskończoność. Albo siedzieć na skale i gapić się w dal. Ileż to razy, kiedy dusza moja zbolała i serce połamane – ratowałam się samotną podróżą nad morze. Choćby to miał być tylko jeden dzień.

Jednak nie zawsze taka nawiedzona bywam. Ileż to razy po ciężkim tygodniu pracy odreagowywałam samotnym piątkiem przy alkoholu. Ha, a co potem wyprawiałam! Sąsiedzi chyba nie byli zachwyceni, gdy się sprowadziłam, bo moje pierwsze miesiące to niemal, jak z zegarkiem w ręku – co drugi piątek – no i głośna muzyka, tańce, a z czasem śpiew. Ale śpiew to w późniejszej fazie i już bez alkoholu. Ostatnio zdarzyło mi się nagrywać o trzeciej w nocy. To było epickie! Nie jestem uzależniona. Chyba. A już na pewno niczego nie żałuję. Grubo albo wcale.

Tak, potrafię urządzić sobie dyskotekę w pojedynkę oraz w ogólności pełnowymiarową imprezę. Dziwne? Dla mnie wcale.

Dla mnie wszystko musi być intensywne – praca, zabawa, jedzenie, relacje. Najbardziej na świecie nienawidzę obojętności, schematyczności, nijakości. Jak idę w góry – to od razu na cały dzień, dziesiątki kilometrów. Jak słucham muzyki – to głośno. Jak prowadzę samochód – to dynamicznie. Jak jem – to przeważnie pikantnie, tak, że tchu brak. Jak się upijam – to prawie tak jak Norwegowie w piątek. Jak pracuję – to jak pracoholik. No i teraz najważniejsze… jak kocham, to kurwa całym sercem. Całym. Nie rozdrabniam się. Nie oddzielam seksu od uczuć. Idę po bandzie, na całość. U mnie nie ma półśrodków. Konkretnie albo wcale. No i jeszcze – jak się potem załamuję złamanym sercem to tak, że przechodzę przez depresyjne piekło i tysiące samobójczych myśli na dobę.

Ale, jak się cieszę to tak, jak dziecko. Przeżywam wszystko całą sobą. Od skrajnej depresji do euforii. Raz się czuję, jak śmieć, a chwilę potem, jak królowa życia. Raz nie mogę na siebie patrzeć, a potem wpadam w samouwielbienie. I w sumie lubię te stany. Tę całą moją intensywność. Emocjonalność. Wariactwo. Zwał, jak zwał. Podobno, takie, jak ja są określane trudnymi. No to trudno!

Dobra, koniec. Teraz gra mi „On The Move” Barthezza – zajebista techniawka. A jeszcze przed chwilą leciał power metal. Moja playlista jest, jak i ja. Mogłabym tak utwór po utworze opisywać kolejne cząstki siebie, ale wtedy ten wpis zamieniłby się w całą powieść 🙂 Może pomyślę nad serią? Coś wymyślę na pewno, bo może i jestem duchem, ale żywym. Ciagle żywym duchem.

Verified by MonsterInsights