Jak było na początku…
Hm… na początek nasuwają mi się słowa Rahima: „Nie wiem od czego zacząć, ale muszę przestać ślęczeć nad pustym arkuszem”. Tylko, że ja nic nie muszę, ale chcę. Chcę nieco przybliżyć moją surrealistyczną rzeczywistość wirtualnemu światu. W dodatku po wczorajszej zachęcie ze strony koleżanki Lidki do pisania, uświadomiłam sobie, że właśnie to jest mi teraz potrzebne. Pisanie, opowiadanie. To co zawsze lubiłam robić, ale niestety zaprzestałam z różnych mniej lub bardziej zależnych czynników. To na tyle słowem wyjaśnienia obecności tego oto bloga w jakże najmajestatyczniejszej z sieci – w Internecie -_-
Powyższy cytat to moje własne słowa sprzed – niech no pomyślę nieco dłużej – sprzed dobrych piętnastu lat. Tak, to właśnie wtedy opublikowałam swój pierwszy blog o nazwie „Surrealistyczna Komnata Psychosnów”. Jeszcze wtedy w serwisie blogowym, nie na własnym serwerze, no bo byłam biedną studentką, więc gdzieżby tam było mnie stać na swój serwer oraz domenę!
Naszło mnie dziś, aby odkopać starusieńki dysk zewnętrzny i pogrzebać w treści dawnego bloga, którą wpis po wpisie skrzętnie kopiowałam do dokumentu tekstowego robiąc sobie w ten sposób kopię zapasową. I przyznaję – to magiczne przeżycie czytać siebie sprzed piętnastu lat.
Jak sięgnę pamięcią do tego czasu to byłam zupełnie kimś innym, ale… Ale moje pisanie w ogóle się nie zmieniło. Jak miałam niewyparzone myśli – tak mam. Jak kochałam metafory, słowotwórstwo i inne być może dziwaczne zabiegi – tak kocham nadal i czynię to nadal. To jest naprawdę niesamowite.
A byłam wtedy wolną panienką, studentką informatyki na politechnice, dojeżdżającą na uczelnię codziennie pociągiem po trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Miałam bardzo niewiele koleżanek – na politechnice wręcz nie dało się mieć koleżanek, bo na ponad sto trzydzieści osób na roku, kobiet było tylko sześć. W tym ja, zatem mogłam mieć, co najwyżej pięć koleżanek z roku. Lecz to i tak nie było takie proste, bo byłyśmy rozrzucone po czterech grupach, gdzie ja w swojej byłam sama na ponad trzydziestu chłopa. Wspomniana zatem wyżej koleżanka Lidka to koleżanka jeszcze z podstawówki, a potem liceum. Dziś już od dawien dawna nie mamy ze sobą kontaktu. Co ciekawe, przypadkiem spotkałam ją rok temu w restauracji z rodziną, ale bałam się podejść. Ona z kolei mnie nie widziała. Chyba jakaś cząstka mnie za nią tęskni. Cóż, taki los.
W zasadzie to trochę ciekawe i dziwne, co się teraz zadziało. Najpierw usiadłam, by coś dziś napisać, ale potem uznałam, że nie mam nic do przekazania i zamknęłam panel. Pomyślałam, że zbliża się czas, by opublikować taki trochę pożegnalny wpis, bo uważam, że mimo wszystko powinnam zakończyć dalsze rozwijanie Krainy. Ale potem sobie przypomniałam o dysku zewnętrznym – że mam tam coś, co chciałabym sprawdzić z przeszłości. Coś zupełnie niezwiązanego. I tak natknęłam się na zapisy z „Komnaty”. Zaczynam się zatem teraz wahać, czy powinnam skończyć z blogowaniem. Kraina niebawem będzie miała cztery lata. Trochę szkoda by było ją zamykać tak na dobre. Sama nie wiem.
Być może mam w życiu takie fazy, kiedy muszę dzielić się ze światem swoimi przemyśleniami, a potem naturalnie przychodzi czas milczenia. I później, po tym milczeniu, znów budzi się iskra, by stworzyć nowego bloga. Być może Kraina faktycznie dobija do swojego ostatniego portu? A potem raz kiedyś stworzę coś zupełnie nowego. I tak w kółko.
A może już nie będzie niczego?