Szóste morze
Zaraz minie rok odkąd napisałam pierwsze zdanie „Chłopaka z pustyni”. Dokładnie jedenastego listopada dwa tysiące dwadzieścia cztery usiadłam do pisania. W tym pięknym listopadowym mroku, pełna nostalgii i w pełni swojej ulubionej wersji melancholii. Wtedy zaczęłam, a ukończyłam siedemnastego kwietnia roku aktualnego. I do dziś nie mam tej historii na półce.
Mimo, że się wydała. Ale nie podoba mi się, jak się wydała. Format jest za duży, dialogi brzydko wyedytowane, cena kosmiczna. Zrobiłam poprawkę, ale wydawca zwleka z aktualizacją. Jednak nie to stanowi problem. Największy problem w tym, że ja się po prostu boję dotknąć tego dzieła.
Napisałam i nie chcę już tego dotykać. Dosłownie i w przenośni. Może dlatego, że to kolejna moja uczuciowa porażka, a może dlatego, że ta historia czegoś ode mnie chce. Czuję, jakby ode mnie oczekiwano działania, inicjatywy, jakby wszystko zależało ode mnie i jakby pretensjonalnie ktoś czegoś ode mnie chciał i wpędzał w poczucie winy, gdy zaprotestuję. A ja nie chcę już dźwigać. Tak po prostu – nie chcę dźwigać. Nie chcę już brać na siebie pełnej odpowiedzialności i sprawczości. Nie chcę kłaść swojego życia i serca na szalę w zamian za „kocham cię”. Ja też pokochałam i co z tego? To nie jest sprawiedliwe, kiedy jedna strona daje wszystko, a druga rozkłada ręce przed murem, którego nawet nie próbuje skruszyć. Tak to czuję.
Kolejna uczuciowa porażka – a był w ogóle jakiś sukces? Nigdy!
Myślę, że to te porażki są tak naprawdę sukcesem. Sukcesem mojej asertywności oraz standardów, których nie odpuszczam.
Moje powieści żyją swoim życiem. No i dobrze. To tak, jak z dziećmi – nie wychowujemy ich dla siebie, ale dla świata. Skoro kolejne moje dziecko już dawno opuściło gniazdo to może pora na następne? Czuję pustkę wieczorami, których już nie zapełniam „obowiązkowym” pięćsetsłówkowym transem. Ten rytm pozwalał mi poczuć życie. Na tę, zwykle, godzinę przenosiłam się do innego świata. Bez tego jestem jak wydmuszka.
Tylko, że weny brak. Chyba.
Na tę, zwykle, godzinę zamieniałam się w potwora. Puszczałam lejce, moje emocje przejmowały kontrolę nad wszystkim, moimi rękoma sterowała niewidzialna siła stukając intensywnie w klawiaturę. Byłam w innym wymiarze i tylko dotyk klawiszy dawał mi świadomość bycia tutaj, na Ziemi. Tęsknię za tym. Ale nie wiem, jaka historia tym razem chciałaby mnie posiąść. Liczę jednak na głębię Skorpiona. To najlepszy okres w roku na twórczość.
Hm, najlepiej by było znów sobie złamać serce. Wtedy będzie o czym pisać. A to się na bank znów wydarzy, jeśli tylko się zakocham, bo jakby statystyka jest nieubłagana – było złamane za każdym razem, kiedy tylko się zakochało. No więc mam równe sto procent szans, że jeśli zakocham się ponownie, to ono się złamie i wtedy będę mogła je uleczyć nową powieścią. Brzmi, jak plan!
Tylko jest jeden problem – po każdym złamaniu zakochiwanie się jest znacząco utrudnione.
Pewnie kiedyś, takiego pewnego dnia, za górami, za lasami i siedmioma morzami ono nie będzie zdolne do zakochania, a tym samym ja później nie będę zdolna do pisania. I coś mi się wydaję, że jestem w punkcie szóstego morza.