Dwanaście dni
Miałam w głowie tyle słów do napisania. Objawiały mi się całymi zdaniami. Błyszczały, jak gwiazdy na firmamencie zamglonego od dymu wypalenia mózgu mojego. No i zgasły chyba. Czy to było coś ważnego?
Nie ma to, jak grudzień. Miesiąc podsumowań z widmem kolejnego roku przed sobą oraz zmorą duszącą utworzoną z niespełnionych oczekiwań za sobą. Mam poczucie straconego czasu, choć nie z mojej winy. Nie ma w tym żadnej ani niczyjej winy. Za chwilę będę przygnieciona kolejną cyfrą w liczbie swoich lat, a ściana którą próbuję rozbić dalej nie pęka. Łapię marne cztery godziny względnego światła w ciągu dnia, a potem tarzam się w tym mroku i próbuję przetrawić, że znów się nie udało. Czuję się, jakbym miała kaca. Choć nie ma w tym żadnej ani niczyjej winy. Czuję, że już nie zdążę, że czas się kończy, że zapadnie szlaban, jak wyrok. A potem trzeba będzie iść dalej, tylko jak? Nie mam planu ani rozwiązania. Nie mam żadnej kontroli nad tym, co się wyprawia. I nie pojmuję tego żadnymi sposobami. To abstrakcja. Totalna abstrakcja. I chyba najbardziej boli jej potęga – tak bardzo nie jestem w stanie objąć jej rozumem.
Czekam z ekscytacją na popełnienie ostatniego wpisu w tym roku. I zastanawiam się, czy zniosę to psychicznie. Tę całą retrospektywę, wspomnienie tych wszystkich nadziei, które prysły, jak bańki uderzając o twardy mur graniczny. A potem tę przeszywającą ciszę. Jakby po trudnej resuscytacji pacjent i tak umarł.
I tak bardzo, mimo wszystko, chciałabym wyjść ostatniego dnia grudnia do miasta i świata ogłaszając happy end, ale zostało tylko dwanaście dni i wiem, że szanse na jego objawienie są niskie. Właściwie nie ma żadnych.
Co może się wydarzyć przez dwanaście dni? Nalepię pierogów, wymieszam sałatkę, usmażę rybę. Dam się porwać nurtowi, wydam za dużo pieniędzy, poirytuję się w korkach. A potem przy stole odpowiadając na niewygodne pytania i komentarze. Nawet książki swojej nie wezmę do ręki, bo nie miałam do tej pory siły, aby zamówić egzemplarze autorskie. I nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię.
Ale. Przynajmniej w niej był happy end.
Dobrze o tyle, że nie będę musiała odpisywać masowo „nawzajem”, gdyż lista moich „przyjaciół” w ostatnich latach drastycznie się skurczyła. Spokój mam w święta przynajmniej i telefon cichutki. Jak noc. Gwieździsta.
No i cóż jeszcze przez te dwanaście dni?