Poczucie życia
Życie w stanie śmierci jest całkiem ciekawe. Wbrew pozorom. Do dziś nie doszłam całkiem do siebie po sylwestrze i jestem z tego powodu zachwycona. Mocne wejście w nowy rok. Żadnych półśrodków. Grubo albo wcale. Cała ja.
Próbuję ratować twarz maseczkami oraz odbudować florę bakteryjną żołądka, którego koncertowo rozjechałam ciężkimi działami. Może to nie było najzdrowsze, ale poczułam przez tę chwilę, że żyję. I zaraz potem umarłam.
I znów tęsknię za poczuciem życia. Ostatnie takie miałam w Maroku, oczywiście w zupełnie innym wymiarze. A zaraz potem umarłam. I tak w kółko. Jestem samobójczynią. I sama się potem na nowo odradzam. I tak w kółko, błędne kółko.
Od wczoraj chodzę po suficie i zwisam z żyrandola. Odpaliła mi się jakaś retrospektywa. Jakby ostatnie pożegnanie. Ostatni powiew uczucia za szkłem, którego już nie dotknę. Czuję, że to jakoś dziwnie ostateczne, choć logika na nic podobnego nie wskazuje. Bo niby czemu, skoro nie ma kolejnego etapu? Jeśli coś jest ostateczne, to dlatego, że nowy etap już otwiera swe wrota. Tak to rozumiem. Lecz w mojej sytuacji nie ma niczego nowego. Jest cały czas ta sama stagnacja.
Dwadzieścia jeden i dwadzieścia jeden. Uwielbiam te synchroniczności wszechświata. Szkoda tylko, że nic nie znaczą.
Dochodząc do szczytu coś we mnie pękło. Zamiast euforii – płacz. Ale nie taki ze szczęścia. Nie spodziewałam się takiej reakcji organizmu.
Chodzę po ścianach i dochodzę w płaczu. Cokolwiek to znaczy.
Muszę coś odjebać, by znów poczuć, że żyję. Coś dużego. Coś, co nie znosi półśrodków. Grubo albo wcale.
Jestem dziś jakaś taka wulgarna. I jakoś dziwnie się tego nie wstydzę.