Corner case
Setki warunków. Kolejne próby, lekcje, czy inne wymysły. Procesy. Aj, jak oni wszędzie pięknie mówią. Ci mądrzy wielcy ludzie. Najpierw pokochaj siebie. Skup się na sobie. Czas musi upłynąć. Ten to toksyk, tamten też. O, ty jesteś toksyczna – lecz się! Zaufaj Bogu, intuicji, zbuduj swoją asertywność. I co jeszcze?
I co? Nie działa. Nic nie działa.
Patrzę na innych, jakbym była w przezroczystej klatce tyle, że ja ich widzę, ale nikt nie widzi mnie. Patrzę i widzę, że na nich działa. Ten pokochał siebie i wygrał. Tamta zaufała Bogu i procesom, i wygrała. Tamten stał się zdrowym egoistą zachowując swoje granice i wygrał. Tamta skupiła się na swoim rozwoju i wygrała. A ja tak na nich patrzę i wiem, że na mnie to nie podziała.
Niby wierzę w Boga ale wiem, że on mi nie pomoże bo jestem jakimś jego pierdolonym eksperymentem. Czy innym wyjątkiem. Nieprzewidzianym przypadkiem testowym, który sprawia, że trawy nie da się zamalować na zielono, więc trzeba odizolować. Zignorować i pójść dalej z procesem. Z tym całym matrixem.
Podjęłam niby słuszną decyzję. Taką, za którą dostałam błogosławieństwo mojego świata. Przepraszam – środowiska, w którym egzystuję. Dostałam błogosławieństwo, fanfary odtrąbione, a ja siedzę z tą swoją słuszną decyzją patrząc, jak gnije moja dusza. A najgorsze jest to, że mam w sobie ten taki toksyczny altruizm, który sprawia, że tej decyzji nie zmienię, bo wiem, że w przeciwnym wypadku ściągnę na Niego nieszczęścia. Plagi polskie. Czy inne.
Wolę zgnić niż sprowadzić na kogoś nieszczęście.
Tylko, że gnijąc sama jestem nieszczęśliwa. I Jego też skrzywdziłam dostatecznie mocno. Z góry przesądziłam, jak będzie. W imię miłości. Czy można popełnić większą zbrodnię?
No chyba, że się mylę. Może On nie był tym, za kogo się uważał? Może to wszystko było tylko złudzeniem? Snem, z którego nadal nie potrafię się obudzić.
I noszę w sobie tę lojalność. Odrzucam kolejnych, którzy pukają do mych drzwi. Bo żaden nie jest Nim. Czy tego chcę czy nie – porównuję. I widzę taką przepaść za każdym razem. Bo On by tak nie powiedział. On by się tak nie zachował. On by nie rozmawiał przez chataGPT. Bo On mnie czyta. On to, On tamto.
Tylko, co jeśli On nie jest tym, kim myślę, że jest? Ja jestem lojalna i może palę przez to swoje życie, a on? Może było go stać na coś dla kogoś, czego ja nie byłam wystarczająco warta?
Może.
I tak nie mogę przestać się martwić. Tęsknić. Czy to znowu ta nie w pełni odwzajemniona?
Dlaczego potrafię w trzysta procent normy? Dlaczego kocham za bardzo i tym za bardzo robię krzywdę? Sobie oraz innym.
Bóg chyba też mnie kocha za bardzo. Bo mi robi tym krzywdę.