Bomba z opóźnionym zapłonem
Uświadomiłam sobie pewien kluczowy mechanizm mojej psychiki, który zawsze był radykalny i decydujący o moich dalszych krokach. Ale. Nie zapalał się od razu. To działa, jak odroczony wyrok. Ostatecznie bardzo surowy, lecz mimo wszystko sprawiedliwy. Ubolewam, że nie załącza się od razu, a zamiast tego potrzebuję czasu i to nierzadko bardzo długiego czasu. Bo jestem nad wyraz cierpliwa i spokojna. Co nie znaczy, że gdzieś w najmroczniejszym zakątku mojej duszy nie zbiera się właśnie ładunek wybuchowy.
Zaczyna się zawsze w wielkich emocjach, które próbuję ugasić, jak wariatka. Nie lubię kłótni i niedopowiedzeń, więc gaszę każdy pożar, często swoim kosztem. Podkładam się, ustępuję, odpuszczam, wyjaśniam. Byleby już był spokój. Lecz moja pamięć rejestruje każdy szczegół. I potem przychodzi sąd ostateczny, zapada wyrok, od którego nie ma apelacji.
Potem się dziwią, że zerwałam kontakt bez powodu. Że było dobrze, spokojnie, a ja nagle odchodzę. I nie wracam. Tak, było spokojnie w chwili, gdy zamknęłam drzwi fizycznie. Natomiast mentalnie one były zamknięte od dłuższego czasu. Od tego jednego momentu burzy, silnych emocji albo ciągłej agresji czy to biernej czy nie, albo ciągłej obojętności albo ciągłemu egoizmowi albo wykorzystywaniu. Czemuś, co przekroczyło moje granice.
W dniu, gdy powiedziałam „rozwód” minęło kilka lat od chwili, gdy faktycznie psychicznie podjęłam tę decyzję i się odcięłam. W dniu, gdy zghostowałam zwyrodnialca, który mnie bezczelnie wykorzystywał i rzucał okruchy uczuć minął niemal rok od chwili, kiedy faktycznie go odrzuciłam. Z czasem odcinałam się coraz szybciej. Zatem robię jakieś postępy. Przyznać jednak muszę, że mam coś w sobie z sadystki. Bo trzeba mieć psychę, żeby gościa ugłaskać, zażegnać każdy pożar poświęcając samą siebie, niczym ofiarę rytualną, a potem zaczekać na najbardziej spokojny moment, kiedy on poczuje, że ma mnie w garści, kiedy poczuje, że ja już na pewno z niego nie zrezygnuję i to właśnie wtedy odejść. Zerwać. Odciąć się. Nierzadko bez słowa. I koniec końców jeszcze się po tym wszystkim zupełnie zregenerować, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Ale się stało. Zbierałam kwity i na koniec wystawiłam rachunek. Zabolało, zostałam skrzywdzona, więc się wylizywałam i czekałam aż będę gotowa do ataku. Tak na serio gotowa. Tak, by zadany cios był ostatecznym, choć nieagresywnym. Zadanym w totalnym spokoju, z zimną krwią, w głębokiej ciszy, a nawet sielance.
Chyba boję się samej siebie.
Pozostawiona sama sobie. Z masą obowiązków, w ciągłym stresie, nieustającym napięciu. Zmęczona, kompletnie zmęczona. A na koniec mam dołożone pretensje o głupi sen. Płaczę podczas pracy w sobotę. Wykonuję cholernie odpowiedzialne zadanie, które jeśli spierdolę, to być może złamię sobie karierę i dokładnie w tym czasie zamiast wsparcia dostaję cios. Ryczę, ale zaciskam zęby i skupiam się na zadaniu. Pilnuję się, by współpracownicy nie usłyszeli mojego łamiącego się głosu.
A potem gaszę pożar. Ryczę i rozbawiam dziecko jednocześnie. Trzymam fason. Zakładam maskę. Mija pięć czy sześć dni. Zapada wyrok. Nagle i bez ostrzeżenia. Szach i mat. Nie chcę mi się już dłużej tłumaczyć, wyjaśniać. Usprawiedliwiać się ze samej siebie. Tłumaczyć moją kulturę i tradycje, jakby to takie trudne i niemożliwe było poczytanie choćby podstaw, co ja w drugą stronę już dawno uczyniłam. To się nazywa zainteresowanie?
Nie. Mówię nie. I kropka.
Oglądając dokument o Epsteinie zastanawiam się, jak to jest, że te biedne dziewczyny spotkało coś takiego, skoro już wcześniej życie im dowaliło. Zastanawiam się nad sprawiedliwością, bo gdzie ona jest skoro zostało się już nie raz skrzywdzoną, a potem się znów trafia na zwyrodnialca? I dochodzę do wniosku, że jest to niestety logiczne. Jeśli ktoś cię zepchnie przemocą na swoje niskie wibracje, to jesteś jak światło w klatce, w ciemnej piwnicy. Wibrujesz wysoko, świecisz jasno, ale twoje otoczenie to mrok i zgnilizna. Nie z twojej winy. Zatem największe szanse masz na to, aby znów zetrzeć się z mrokiem, a nie ze światłem, takim jak ty. Chyba jedynym wtedy lekarstwem i sposobem jest po prostu świecić jeszcze jaśniej. Tak, by tę jebaną klatkę rozpierdolić, wybuchając, jak atom.