Radosne święta w trzech aktach
Czas świąteczny to zawsze fascynująca obserwacja socjologiczna. Ta bieganina, tony zakupów, przygotowań, a wszystko i tak skończy się cierpieniem układu pokarmowego, licznymi kłótniami i wyrzucaniem niezliczonych ilości jedzenia. Im więcej dobra, tym więcej zła. Dobro prowadzi prosto do zła. I na odwrót. I tak w koło wciąż.
Scena Pierwsza: Lidl, czwartek po godzinie dwudziestej.
Na parkingu nie idzie wcisnąć szpilki. W środku – nie inaczej. Z trudem udaje mi się przemknąć między ludźmi, koszykami, regałami. Kręcą się w kółko, jak kurczaki bez głowy. Bez ładu i składu. Nie wiedzą, co chcą kupić, ale wiedzą, że muszą kupić. Dużo i coraz więcej. Specjalnie czekałam do tak późna, by przygotować swoją niemalże pustą lodówkę na przyjście dziecka. Czułam, że będą tłumy, lecz nie spodziewałam się ich jeszcze o tej porze. Poziom stresu urósł do granicy przebodźcowania. A mój odbiornik ludzkich emocji zamknął licznik i zaczął wirować, jak szalony. Wiedziałam, że wystarczy tylko paproch, by zaraz ktoś na kogoś nawrzeszczał. Wszyscy, jak w amoku. Jak po silnych narkotykach. Z obłędem w oczach.
Scena Druga: sobota pod kościołem w środku dnia. Święconka.
Cudem udało mi się zaparkować pod kościołem. Przez cały rok trudno tam o tylu wiernych na raz. Wysiadam, chcę otworzyć córce drzwi, ale facet, który dopiero co obok nas zaparkował, zaczął bezczelnie wysiadać nie zwracając uwagi, że byłam pierwsza i próbuję pomóc dziecku wyjść z samochodu. Jakbym była niewidzialna. Wyszedł i podniesionym głosem mówił do żony, że barany nie potrafią parkować. Chwilę później, czekając z koszyczkiem w ręku na święcenie potraw, słyszę jak stojąca obok nas rodzina o czymś głośno dyskutuje. Wydawało mi się, że mówią o czymś ciekawym, zupełnie na luzie. Aż nagle facet się wydziera na swoją nastoletnią córkę: „Jeszcze raz tak się do mnie odezwiesz, to dostaniesz bilet w jedną stronę! Jak się tak będziesz do facetów odzywać, to zobaczysz, że ci kiedyś któryś zasadzi!”. Zamarłam. I oni też. Nastała dojmująca cisza. Zaczęłam im się przyglądać. Nie wyglądali na takich, co to chodzą do kościoła regularnie ani na specjalnie wierzących. Jego energia była tak paskudna, że zaczęło mi się robić niedobrze. Dziewczyna zamknęła się w sobie i było mi jej cholernie żal. Żona udawała obojętną i ewidentnie miała problem wyłącznie z tym, co sobie ludzie pomyślą o tym zajściu. Nie przejmowała się córką. Ujrzałam w tej chwili samotną młodą dziewczynę, której nikt nie rozumie i się w ogóle nie stara zrozumieć. Która ma swój charakter, ale jest on tępiony. Ujrzałam typowego polskiego mężczyznę, który nie szanuje kobiet. Czyżby bił żonę?
Scena Trzecia: środek tygodnia, przed świętami. Na Facebooku.
Pracując, nagle wyrywa mnie ze skupienia dźwięk Messengera. Wiadomość od jakiegoś gościa, którego nazwiska w ogóle nie kojarzę. Wita się ze mną. Nie jest moim znajomym, a mimo to wiadomość od razu mi się pokazała. Dziwne. Zastanawiam się dłużej. W końcu coś mi zaświtało – to nieznajomy, który zagadał mnie tutaj jakieś dwa lata temu, kiedy to miałam zryw napisać komentarz na grupie osób szukających pary na wesele. To była moja wielka pomyłka, więc szybko opuściłam tę grupę, jak i równie szybko i ostro pożegnałam się z tym jegomościem. Niestety, on tak bardzo nie zrobił na mnie wrażenia wtedy, że nie byłam w stanie sobie przypomnieć za co dokładnie go spłukałam. Na szczęście bądź nie – szybko przypomniał mi swój charakter i podejście do kobiet. Nie potrafił skleić dwóch zdań. Nie potrafił zainteresować mnie sobą ani prowadzić rozmowy. Odpisywał jakimiś półsłówkami, pojedynczymi wyrazami, które były tak banalne, że aż mnie drażniły. Nie cierpię mdłych i płytkich rozmów, mam alergię na nudę. Ale nie to było najgorsze. Gdy tylko zaczęłam mu tłumaczyć, że nie pasujemy do siebie, że nie jestem tą, której szuka i z całą swoją empatią oraz kulturą życzyłam mu szczęścia, to on postanowił podważać moją wolę, ignorować moje granice oraz bezczelnie i z wręcz agresją zmuszać mnie do kontynuowania tej znajomości. Naciskał na spotkanie. Wyjaśniam, że to nic nie zmieni, że nie mam ochoty. On się upiera, że zmienię zdanie i spędzimy miło czas. A ja jak zdarta płyta spokojnie powtarzam – już wszystko wyjaśniłam, nie czuję tego. On twierdzi, że poczuję. Znów, jak zdarta płyta powtarzam, że nie. On dalej swoje. Odpalam się delikatnie, pisząc do niego, że nie szanuje mojej granicy i mimo, że nie chciałam tego robić, to będę musiała go zablokować, jeśli dalej będzie naciskał. Odpowiedział rozbawiony, że mam robić, co chcę. Zatem znów pożyczyłam mu wszystkiego najlepszego oraz powodzenia. Odpisał, cytuję: „pierdu pierdu”. Facet powyżej trzydziestu lat. Brawo. Został zablokowany.