Dżem z papai

Dżem z papai – odcinek dziewiąty

Był czwartek, zaledwie dzień przed wylotem z wysp, kiedy to wybraliśmy się najpierw na spacer po Mindelo, a następnie na krótki objazd wyspy. Mogliśmy na dobre schować obuwie oraz ubrania trekkingowe. Z ekscytującej wyprawy nagle przeszliśmy w tryb klasycznej wycieczki objazdowej. Nadal było pięknie, interesująco, ale czuliśmy dziwny niedosyt. W sumie nic dziwnego. Po takim wysiłku oraz tak bliskim kontakcie z naprawdę całkiem nietkniętą cywilizacją naturą, nasza skala wrażeń znacząco się przesunęła.

Pobyt w Mindelo i na Sao Vicente w moim odczuciu był pod hasłem Cesarii Evory. Przeszliśmy obok jej domu, widzieliśmy murale z jej podobizną, a nawet odwiedziliśmy jej grób na cmentarzu. Właściwie to nie sposób, by pobyt na tej konkretnej wyspie i w tym konkretnym mieście kojarzył się z kimkolwiek innym. Dużo się o niej dowiedziałam. Poza oczywistymi rzeczami, jak to, że chodziła na boso, to na przykład taki niuans, że nie uznawała kompromisów i zawsze musiało być tak, jak chciała. Nie pozwoliła, by ktoś rządził jej w muzyce i upychał w jakieś trendy, byleby się wypromować. A gdy zapomniała tekstu, to zapomniała tekstu i tak miało po prostu być. Jak się komuś nie podobało to tylko i wyłącznie on miał z tym problem. Nie Cesaria. Im więcej słuchałam, jaka była, tym więcej podobieństw widziałam. Ja też nie cierpię płynąć z nurtem i czynić ze swojego pisania jakiegoś odpustowego świecidełka, które wyskakuje ludziom z lodówki. Teksty redaguję sama i jak są błędy to są błędy i już. Tak ma być. Naturalnie i w stu procentach po mojemu.

A potem ujrzałam na grobie Cesarii jej datę urodzenia. Dwudziesty siódmy. Szach i mat.

Zrozumiałam, że to nie był przypadek, bym wybrała się akurat na Wyspy Zielonego Przylądka. Jak nic w życiu nie jest przypadkowe tak i tutaj nie tylko Jacek z Klanu sprowokował mnie do tego wyboru. Miałam poznać Cesarię. Nie z internetu ani telewizji. Miałam ją poznać na jej ziemi. Przysięgam, że my urodzeni dwudziestego siódmego jesteśmy jakąś tajemną sektą. Zarówno w tym, jak i w innych wymiarach naszej duchowej egzystencji. Przenikamy między nimi lekko.

Gdy czekałam na lotnisku w Mindelo na samolot na wyspę Sal, zaczęłam czytać wszystko o Cesarii, co tylko mogłam znaleźć w internecie. Podobno dużo piła, ale to nie w alkohol uciekała. Uciekała w muzykę. Tak, jak ja uciekam w pisanie. Cała reszta jest tylko dodatkiem. Niepotrzebną fanaberią, z której mogę zrezygnować w każdej chwili bez żalu. Lecz z pisania nie jestem w stanie. Mogę sobie kasować zdjęcia z Instagrama, mogę się upijać do granic szaleństwa, a potem lecieć z wyspy na wyspę i na drugi dzień maszerować po górskim szlaku. Mogę jeść mięso i nie jeść mięsa, kiedy zechcę. Mogę sobie urządzić post na ponad pięćdziesiąt dni bez bólu. Mogę chodzić z odciskami, opuchniętą kostką albo leżeć na plaży z limoncello spritz. Mogę się objadać czipsami po nocach, a kiedy mam zachciankę – tak po prostu odstawić paczkę zaledwie po jednym spróbowanym. Mogę naprawdę wiele uczynić swoją silną wolą, która – cóż – jest silna i nie wymaga więcej epitetów.

Ale.

Jednego nie mogę i nie potrafię, i absolutnie nie chcę – nie mogę przestać pisać. Zaczęłam, gdy tylko się nauczyłam. Pierwsze opowiadanie napisałam sama z siebie, gdy byłam w pierwszej, może drugiej klasie szkoły podstawowej. I tak to dorastało ze mną i było zawsze obok. Obserwując otoczenie, podróżując i poznając nowych ludzi, słyszę w swojej głowie głos narratora. Obrazy przed oczami przepływają mi, jak dobry serial z Netflixa. Aż po czasie uzbiera się na tyle sporo, że coś zmusza mnie do odpalenia komputera i przyczepienia się do klawiatury. Moje dłonie wówczas prowadzi jakaś siła. Nadsiła, której muszę się poddać.

Zatem, jeśli moje słowa kogoś zraniły bądź w żaden sposób nawet dotknąć nie zdołały, to nie moja wina – to ta siła. Taka jakaś szalona. Taka dzika, jak niby słodki piesek z Cabo Verde. Taka ni to słodka, ni kwaśna – jak papaja.

Ciąg dalszy już nie nastąpi. Wszyscy Bohaterowie tej opowieści wrócili szczęśliwie do Warszawy dnia drugiego maja roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego szóstego. I wszystkim tym Bohaterom chciałabym serdecznie podziękować za to, że mogłam właśnie z Wami doświadczyć tej przygody. Że spędziłam najlepsze urodziny w swoim życiu, które były najlepsze właśnie dzięki Wam. Dziękuję za octanisept i plastry, za żel izotoniczny, za woreczek na wymioty (tak prewencyjnie), za śpiew i życzenia, za tort i sesję zdjęciową, za poniesiony plecak i pomocne kijki na jednym podejściu, za wszystkie rozmowy – te lekkie i te cięższe, za podrzucenie tytułu tej serii i za śmiech. Kilogramy śmiechu i pozytywnej energii!

Przez minione siedem lat mojego życia nie śmiałam się tak dużo, jak na tej jednej wyprawie na Cabo Verde. I choć jestem taką trochę ciepłą kluchą, kanapową poznańską pyrą, to i tak wysiłek poniesiony na szlakach Santo Antao jest niczym w porównaniu do ciężaru psychicznego, który dźwigam sama każdego dnia. Zatem przez ten tydzień tak naprawdę miałam lżej. Dużo lżej. I tylko proszę o nielitowanie się, bo złego diabli nie biorą. A moja kostka jest totalnie już zdrowa 🙂

To co – do zobaczenia?

One Comment

Verified by MonsterInsights