Pierwszy miesiąc z życia trzydziestoośmiolatki
W sumie nie jest źle, nie boli nic. A tak na poważnie – to jak dotąd najbardziej intensywny miesiąc w tym roku. I chyba lubię ten stan, gdy mam zadań pod korek, bo jak to zawsze powtarzam – im więcej zaplanowane, tym więcej zrobione. A nade wszystko nie znoszę nudy, obojętności oraz marazmu. Serio, wolę być w środku huraganu, aniżeli leżeć plackiem na plaży w nieskończoność. Bo wtedy dopada ten paskudny uczuć, że tracę czas i życie.
Wyprawa na Cabo Verde, zaraz potem przygotowania do komunii córki, potem biały tydzień i moja kolej na przeprowadzenie wdrożenia w robocie, czyli nic innego, jak kilkudniowe napięcie przed deadlinem oraz praca w sobotę, jako uwieńczenie tego stresu. I tak dobrze, że zaczęło i skończyło się tylko na sobocie, bo w razie problemów mogłam jeszcze stracić niedzielę. A na niedzielę, równo tydzień po komunii, już miałam zaplanowane małe poprawiny i gości w domu na obiedzie. To był ultra maraton. I nie było w nim miejsca na potknięcie. Zupełnie, jak na kabowerdeńskich szlakach – chwila nieuwagi i cyk – po kostce.
Dlatego teraz, gdy tempo nieco spadło, to zaczynam odczuwać jakąś niemoc. Zbieram się do każdej czynności, jakby to miała być wyprawa na koniec świata, a następnie gnębią mnie wyrzuty sumienia, że nie mogę się dostatecznie skoncentrować. I że tracę czas, rzecz jasna. Zdaję się, że tak właśnie wygląda uzależnienie od dopaminy. Więcej i więcej, bo spokój jest przecież taki nudny i mdły! Ciężko się zatrzymać w biegu i ciężko się później rozbiegać.
Naszła mnie wczoraj dość zabawna refleksja. Szykując się na najzwyklejsze zakupy codzienne, spojrzałam w lustro i spostrzegłam, że… kogoś sobą przypominam. Okulary przeciwsłoneczne, szorty, bluzka bez rękawów, włosy – Lara Croft we własnej osobie. Najpierw mnie rozbawiło to skojarzenie, ale potem zastanowiłam się nieco bardziej. Przecież Lara to moja wielka idolka z dzieciństwa. Pierwsza gra na pierwszym w życiu komputerze, którą odkryłam i w której bez reszty się zakochałam, to był właśnie Tomb Raider. Od tamtej chwili rodzice nie mieli problemu, co mają mi kupić na gwiazdkę – oczywiście, że kolejną wersję gry. Ta fascynacja zaczęła się w dziewięćdziesiątym ósmym, gdy miałam równo dziesięć lat.
Wówczas marzyłam, by być, jak Lara. Taka odważna, taka atrakcyjna, taka pewna siebie i odkrywcza. Podróżująca po świecie i eksplorująca jego najdziwniejsze zakątki oraz tajemnice. Pamiętam, że patrzyłam na tę kupę pikseli i myślałam sobie, że ja nigdy nie będę taka fajna, taka ładna, taka zgrabna. Byłam jakimś brzydkim kaczątkiem – z nadwagą, ukryta w zaciszu swojego pokoju i odlatująca do świata wyobraźni w każdej wolnej chwili, kiedy to inne dzieci wybiegały na dwór bawić się i szaleć. Miałam swoje dziwne zainteresowania i marzenia, jak między innymi to, by zostać informatykiem. Byłam blada, jak ściana i ubrana w bluzę z wizerunkiem Paddy oraz Angelo z Kelly Family. Moja połowa pokoju była sterylnie wręcz uporządkowana, a jak ktoś – na przykład mój brat – tylko o centymetr przesunął mi coś na biurku, to momentalnie wiedziałam, że ktoś tu był i grzebał w moich rzeczach. A, no i kolekcjonowałam reklamówki, zanim to samo przyszło mi z wiekiem, jak to zazwyczaj bywa u ludzi po trzydziestce. Miałam dla nich wydzieloną całą, osobną szufladę.
Aż nagle, zwykłego, majowego dnia w dwudziestym pierwszym wieku, po prostu stanęłam przed lustrem i zobaczyłam Larę Croft. Nie tylko z ubioru, nie tylko z wyglądu. Zobaczyłam prawdziwą Larę Croft. Odważną, ciekawską, podróżującą po świecie i odkrywającą jego tajemnice, również poprzez kopanie we własnej duszy.
Okazało się, że jednak mogę być i rzeczywiście jestem tak samo fajna, jak ta kupa pikseli.
Nawet mając już trzydzieści osiem lat. I jeden miesiąc.
Zostało jeszcze tylko jedenaście do kolejnych, mam nadzieję, równie epickich urodzin.