Wina Tuska i pizzy
Źle się podziało w państwie duńskim. Zupełnie nie tak miało być. W pole wyprowadził mnie Analytics, ale to nie jest prawdziwy problem. Jest nim to, że jeszcze nie potrafię mówić. Ciągle skrywam się za literami. Wolę napisać niż powiedzieć i piszę szybciej niż mówię. W zasadzie lubię tę cechę i w zasadzie jej nie znoszę.
To już i tak nieważne. Już nic się nie da zrobić. Sprawy zaszły za daleko. Tak widocznie miało być. Intuicja słusznie prawiła – to było przeznaczone, ale w ostateczności nie miało być wcale przyjemne – stąd ten strach i panika z jednoczesnym popychaniem w sam ich środek. Miało zaboleć, rozstroić emocjonalnie, sprawić bym zalała łzami cały dzień po dniu kobiet. I może jeszcze trochę. Inaczej nie zrozumiałabym, nie nauczyłabym się czegoś, czego jeszcze nie umiem. Taka lekcja przebudzenia.
W piątek odprawiłam rytuał odpuszczania, w trakcie którego wyłam, jakby ktoś kroił mnie żywcem i wycinał guza wielkości piłki nożnej. Nie sądziłam, że podziałał, bo trans, w który weszłam spowodował potworny wybuch emocji. Myślałam, że fizycznie nic nie może się dziać, że muszę cały czas krążyć po duchowej orbicie – że muszę po prostu być zupełnie oderwana. I niby byłam, chociaż ryczałam naprawdę. Nie wierzyłam, że cokolwiek z tego rytuału mogło zadziałać. Niedługo potem zasnęłam, a gdy obudziłam się w sobotę miałam wrażenie utraty dziesięciu kilo.
Cieszyło mnie wszystko i cieszy, póki co, do dziś. Każda pierdoła. Każdy szczegół. Przefrunęłam ten weekend, jak ważka. Prowadząc samochód cisnęłam dynamicznie na gaz, jak kiedyś. Oczywiście z umiarem, ale z tym takim moim dawnym pazurem. Muzyka grała głośno, a ja sunęłam swoją rakietą. Stojąc na światłach bujałam się, jak gangsta z Bronxu. I śpiewałam na całe gardło. Ależ to było cudowne uczucie! Sobotni wieczór spędziłam mocno roztańczona na moim domowym parkiecie. Nie wypiłam grama alkoholu, a zachowywałam się, jakbym była po dwóch, dobrych butelkach wina.
Dziś przeszłam ponad sześć kilo metrów z muzyką na uszach, zaraz po powrocie odkurzyłam i dokładnie wypucowałam samochód, a potem jeszcze zapolowałam na pajęczyny pod sufitem. Nie wiem, skąd tyle energii. Może ten rytuał jednak coś dał?
Motto na ten miesiąc z mojego kalendarza tym razem mówi: „Otaczaj się pizzą, a nie negatywnością”. W piątek zamówiłam ogromną pizzę. To zapewne jej sprawka.
Teraz czas na rytuały piękności. Zamienię moją łazienkę w SPA, a siebie w boginię. Bo tak trzeba żyć!
Dość już tych sztormów. Ciągle tylko sztorm i sztorm i huragany. Teraz wypływam na spokojne, ciepłe wody.