Sztorm

Pacjent

Wyobraź sobie, że jesteś kierownikiem SORu (zupełnie nie wiem skąd to skojarzenie do porównania). Takim oddanym – lekarzem z powołania. I przywożą karetką cierpiącego oraz krwawiącego pacjenta. Ran jest tyle rozmaitych, że nawet nie wiesz, od której zacząć. Potrzebujesz pomocy innych lekarzy. Krzyczysz, nawołujesz, prosisz, błagasz na litość boską, bo mało brakuje, by ten pacjent stracił życie. A oni tylko patrzą po sobie bez emocji albo nie reagują wcale udając, że ich to nie dotyczy. Jeszcze inni przepisują właśnie komuś Rutinoscorbin bo przyszedł z przeziębieniem i ma aż 37,4 stopni gorączki, więc to dla nich nagle ważniejszy priorytet.

Dołącza do ciebie jedynie dwóch równie oddanych lekarzy, ale i to ciągle za mało. Potrzeba różnych specjalistów. Tamujecie tę krew, leczycie, co potraficie, jak tylko potraficie, ale i to, co jest dla was kompletnie nieznane. Brakuje wam rąk, sił. Uciekają godziny. A co jest najciekawsze? Że wszyscy pragną, aby ten pacjent żył i był zdrów. By jutro wyszedł o własnych siłach ze szpitala bez niczyjej pomocy i by potem nie musiał tutaj wracać. Wszyscy chcą dobrze, ale działa tylko trójka przepracowanych lekarzy. Oni będą zapewne pracować w tym dniu po dwanaście lub więcej godzin. Jutro zapewne pacjent wyjdzie cały i zdrowy do domu. I nikt nie będzie już pamiętał tego dnia.

A ci lekarze?

Dalej będą robić swoje, chociaż stracą zbyt dużo swojego cennego, prywatnego czasu. Dalej będą ratować krwotoki i inne tragedie nie prosząc o uwagę ani docenienie. Będą się tylko cieszyć naiwnie, jak dzieci, że pacjent ma się dobrze i jest szczęśliwy. Dalej będą wierzyć w ideały. I dalej będą się poświęcać. A pieniądze, które zarobią? Nie zdołają nawet ich wydać, bo nie będą mieli na to czasu. I nie będą to wcale inne pieniądze niż całej reszty załogi. Często mniejsze.

To nie jest wpis o lekarzach.

To nie jest wpis o zakrwawionych pacjentach.

Ani o ratowaniu życia.

To wpis o ideałach, priorytetach, empatii.

O kodzie z błędami. O walących się testach – tak, również na krwawoczerwono. O wdrożeniu, którego wszyscy pragną, a do którego nikt ręki nie przyłoży.

Bo to odpowiedzialność. To najbardziej jest wpis o odpowiedzialności.

O odwadze, by krzyczeć, by wziąć coś na klatę, nawet jeśli nie działa do końca. O odwadze, by robić coś, o czym nie ma się całkiem pojęcia czy doświadczenia, bo nikt inny się nie poczuwa. To tekst o dzieciach niczyich, produktach niczyich.

Tekst o sukcesie, który będzie miał wielu ojców i o porażce, za którą oberwie ten jeden koordynujący.

Ciekawe, jak to jest zrzucić cały ciężar na samotną matkę? Kobietę? Ciekawe. Ja nie wiem. Ja tylko dźwigam ciężary. Jak siłaczka.

Ja nie wiem. Za to wiem, jak to jest być fizycznie obecną w domu, ale psychicznie totalnie nieobecną, lecz na tyle świadomą, by patrzeć, jak dziecko bawi się samo w swoim pokoju, totalnie osierocone. Wiem, jak to jest pisać i wypychać kod pod presją czasu mając łzy w oczach. I wiem, jak to jest patrzeć na swoje osamotnione dziecko nie mogąc nawet zamienić z nią słowa i mając świadomość, że za chwilę pójdzie do ojca i ponownie zobaczę ją za tydzień.

I co? Jutro znów usiądę do pracy, pomimo soboty. Ktoś będzie pił drinka, ktoś inny będzie odpoczywał nad wodą, a jeszcze inny ktoś sobie pojedzie na jakąś wycieczkę. Ktoś się przytuli do ukochanej albo ukochanego. Ktoś będzie spędzał czas ze swoimi dziećmi.

A inny ktoś będzie walczył na froncie, by pacjent mógł wyjść cały i zdrowy ze szpitala.

I potem wszyscy będą dumni, że pacjent taki zdrowy.

Ciągle mam wrażenie, że żyję w negatywie tego życia, którym żyć powinnam i na które cholernie mocno zasługuję. Jak w tej bajce o Stalowym Jeżu.

Verified by MonsterInsights