Droga krzyżowa
Jestem mistrzynią w dorzucaniu sobie ciężarów na barki. Po prostu mistrzynią. Nie wiadomo skąd i jak, a ja nawet na pustkowiu znajdę porządny kamlot, który mogę sobie władować na plecy. I jeszcze potem pójdę dłuższą, bardziej stromą albo po prostu trudniejszą drogą. Ba, lepiej – ja sobie dopiero będę budować tę drogę. Z tymi worami na plecach. A jak!
Nie ogarniam, naprawdę nie ogarniam, co mnie zawsze kusi, by się pchać tam, gdzie najtrudniej. Nie rozumiem komu i co chcę w ten sposób udowodnić. Filozofowie dzisiejszych czasów z TikToka albo innych social mediów zapewne powiedzą, że to efekt dzieciństwa, bo mnie rodzice nigdy nie chwalili, nigdy dobrego słowa nie powiedzieli, jak coś faktycznie dobrze zrobiłam, ale jak tylko źle to od razu krzyk i lament. I teraz z tego powodu mam wbudowany, skrupulatnie przez te wszystkie lata zaprogramowany, mechanizm usilnego udowadniania, że mogę więcej i więcej. I lepiej. Byleby tylko zostać docenioną oraz zauważoną. Miałoby to nawet sens, gdyby nie jeden szczegół – ambicja. Tak, jestem ambitna i to być może destrukcyjnie. Przecież ja wierzyłam, że mogę naprawić i uleczyć pewnych moich byłych, a cierpliwość z jaką trwałam w tych chorych relacjach przekraczała ludzkie możliwości. Pytanie tylko, czy ta ambicja pochodzi z charakteru, czy może właśnie z tego nieszczęsnego dzieciństwa, które jest zmorą praktycznie każdego millenialsa?
Coraz bardziej mnie drażni zrzucanie wszystkich bólów dupy tego świata na traumy z dzieciństwa. Do cholery, każdy miał jakieś dzieciństwo, w którym były traumy. Mniejsze lub większe, ale każdy je miał. No bo niby, jak miałby nie mieć, skoro wychowywali nas tylko ludzie? A tak się składa, że ludzie popełniają błędy. I to chyba najczęściej, gdy im na czymś lub na kimś bardzo zależy. Gdzie są emocje, tam prawdopodobieństwo pojawienia się błędu jest większe. I im wyższe emocje, tym większe lub częstsze błędy. Oto mój mądry wniosek niepoparty żadnymi faktami ani badaniami. Może będę teraz bardzo radykalna, ale ja uwielbiam być radykalna i nie przebierać w słowach – uważam, że określenie „trauma” w tym kontekście jest nadużywane. Traumą można nazwać naprawdę patologiczne dzieciństwo, gdzie jest przemoc, używki oraz inne nadużycia, ale nie takie, w którym mama za mało razy ci mówiła, że cię kocha. Lub, gdy rodzice cię wyśmiali, bo chcesz zostać piosenkarzem, gdy dorośniesz. Serio?
Zatem, mój fetysz do dźwigania nadmiaru życia uważam za wyraz mojej, być może niezbyt zdrowej, ambicji. Czyli to wyłącznie moja wina, moja bardzo wielka wina. I tylko do siebie mogę mieć pretensje, jeśli tylko któryś kamień obetrze mi skórę albo sturla się i przygniecie mi stopę. I tylko do siebie mogę mieć pretensje, jeśli po zdobyciu kolejnego usłanego cierniami celu nikt mi nie podziękuje, nie pogratuluje ani nie postanowi mnie wesprzeć na przyszłość. Skoro sama sobie tyle kładę, to bez sensu jest oczekiwać pochwał, pomocy albo współczucia. Każdy jest kowalem swojego losu.
Wmawiam sobie zatem i wręcz się kontroluję, by tym razem nie zrobić czegoś za bardzo. A potem i tak wchodzę do sklepu i zamiast chwycić koszyk, który jest pod ręką, to ja sięgam po ten z najwyższego stosu, do którego muszę się podciągnąć na palcach. Jestem pod tym względem jakimś chorym pojebem. Lecz potem satysfakcja, która płynie, kiedy już tak się uda przejść trudniejszy szlak, jest jak narkotyk. Daje rozkosz, spełnienie, radość, energię oraz niebezpiecznie uzależnia, by następnym razem znów pobić samego siebie.
Nawet ten głupi okres – choćbym się skręcała z bólu do nieprzytomności, to nie wezmę tabletki przeciwbólowej. Jeśli po nią sięgam, to muszę mieć ku temu bardzo ważny powód, jak na przykład taki, że jestem w biurze i za chwilę mam mieć ważne spotkanie. Ale już na przykład praca zdalna absolutnie się do takich powodów nie zalicza. Bez sensu, skoro jestem w domu i nikt nie widzi, jak siedzę przed tym kompem pozwijana finezyjnie, niczym paragraf. I cieszę się później, jak głupia, że jestem taka silna, wytrzymała, że przetrwałam. Że w razie wojny czy innych ekstremalnych warunków zdołam sobie poradzić bez pomocy. Że się nie rozleniwiam. Mogę się wówczas poczuć, jak jakaś superbohaterka. I to jest naprawdę fajne uczucie.
Tylko psychika klęka i się chwieje, ale tego nie chcę widzieć. To jest również aspekt, który dyscyplinuję. Jak teraz – w dwunastym dniu diety pod tytułem osiemset kalorii dziennie. Psycha zaczyna wariować, wjeżdża lekka depresja, ale jestem świadoma, że to efekt głodu i dużego deficytu kalorycznego. Zero zaskoczenia. Czyli wszystko w normie. Patrząc w lustro już rodzi się delikatna satysfakcja, która skutecznie zalepi ten dół.
Nadal całymi wieczorami marzę o śniadaniu. I piszę.