Na pełnym morzu

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest

Czuję, że muszę coś napisać, mimo że z trudem idzie mi opanowanie klawiatury w dwu centymetrowych paznokciach, odczuwalnych, jakby miały, co najmniej pięć. Postanowiłam przykleić przepiękne tipsy na wesele brata, które najpierw trzymały mnie w ciągłym stresie, bo się bałam, by nie odpadły, a teraz gdy jest już dawno po imprezie i chciałabym się ich pozbyć, to te postanowiły się trzymać niczym pełnoprawne żelowe paznokcie.

Nie wiem, dlaczego mój brat i jego teraz już żona poprosili mnie, bym czytała na ich mszy ślubnej w kościele akurat słynny Hymn o Miłości. Przecież moje małżeństwo nie wyszło, przecież nic mi już później w miłości nie wyszło. Nie czułam się zatem godna czytania takiego tekstu. Ale z drugiej strony można powiedzieć, że na miłości zjadłam i nadal zjadam zęby. Od lat próbuję rozpracować to uczucie, zrozumieć, dlaczego mi się nie układa i od czego zależą szczęśliwe związki. Napisałam trzy powieści, gdzie miłość była tym, wokół czego kręciła się cała fabuła. Piszę tego bloga, gdzie właśnie ta emocja rządzi niemal każdym wpisem. Z miłości poleciałam z Rzymu do Marrakeszu i narobiłam w życiu wiele innych szaleństw.

Dlatego postanowiłam, że przeczytam ten tekst całym sercem i postanowiłam również, że żadna trema mnie przed tym nie powstrzyma. Dlatego ubrałam dwa naszyjniki z sercami, kolczyki w kształcie serc i nawet na butach miałam sercowe kryształki. Niezła ironia, co?

Myślę, że jestem trochę nawiedzona. Albo ekscentryczna. I w tym chyba tkwi całe to przekleństwo miłości, które mnie dotyka.

Wytrwałam w diecie i udało mi się stracić dwa kilo do dnia wesela. Teraz wracam do kontynuacji, przy czym zwiększam dawkę kalorii do tysiąca. Po kolejnych dwóch tygodniach znów podniosę o dwieście. I tak powoli będę sięgać do tysiąc osiemset, czyli dawki, która powinna mi wyjść na zero, czyli na docelowy poziom do utrzymania już po dotarciu do wymarzonej liczby na wadze.

Jestem jakaś dziś rozkojarzona i rozbita. Mam poczucie, że nic już w tym roku się nie wydarzy. Że nic poza pracą mnie nie czeka. Że za chwilę znów trzeba będzie ubierać kurtkę, a niedawne drinki nad basenem będą zdawały się być tylko snem przyśnionym przypadkiem podczas drzemki po pracy w jakiś losowy, październikowy wtorek. A Cabo Verde i smak dżemu z papai będą jakimiś wrażeniami z wieczoru przed Netflixem w piątek, w grudniu po południu. I potem otworzę Instagrama, zobaczę zdjęcia, jako dowód, że przez jakieś marne dwie chwile w roku byłam lepszą wersją siebie. Poczuję frustrację, być może będę sobą zażenowana, a na pewno poczuję nostalgię tak silną, że wpadnę w depresję w sezonie Skorpiona i jednym kliknięciem wszystko usunę.

A potem pewnie znów otworzę laptopa i postanowię, że muszę zacząć nową powieść. I tam na nowo stanę się tą lepszą wersją siebie, której potem nie usunę tak łatwo, jak postów z Instagrama. Lecz po czasie i tak będę sobą zażenowana. I tak w kółko.

Verified by MonsterInsights