Na pełnym morzu

Ostrzeżenie

Siedzę i rozmyślam nad pustym arkuszem. Natłok wszystkiego i migrena, która jest jak wredna przerwa reklamowa. Trwa w nieskończoność tak, że człowiek zdążył już zapomnieć, co w ogóle oglądał. Znów tylko lewa strona czaszki dziwnie skurcza się i przeszywa. To dość śmieszne, kiedy łzawi i jest przekrwione tylko jedno oko, tylko jedna dziurka nosa jest przytkana, kiedy tylko pół szczęki boli. To tak, jakby mieć takie trochę przeziębienie, ale tylko po jednej stronie głowy.

I śmiać mi się chce z neurologa, który sobie powiedział, że to może być hemikrania, ale jedynym sposobem potwierdzenia tej diagnozy miało być poczęstowanie mnie indometacyną. Na tej podstawie miał zapaść wyrok – jeśli indometacyna działa to na pewno hemikrania, a jak nie, to jestem bez mapy. Też mogłabym być takim lekarzem, bo sama przed wizytą i rezonansem podejrzewałam, że mam hemikranię. A najlepsze jest to, że ów lekarz zapomniał mi wypisać receptę na tę indometacynę. I dobrze. Już się nie pojawiłam na wizycie i nie trułam się lekiem, który mógłby nie podziałać. Od tej prawie diagnozy mijają dwa lata, a od pierwszego ataku pięć lat i właściwie nic się nie zmieniło. I ja też nie zamierzam nic z tym zrobić. Może to coś mnie wkrótce zabije i wyręczy z męczarni oraz przekleństwa.

Być może rzeczywiście są choroby i schorzenia, których jedynym rozpoznaniem jest podanie jakiegoś leku i sprawdzenie, co się stanie. Jednak mnie się to nie podoba. Nie chcę być jarzmem testowym. Nie chcę się truć. Wolę cierpieć z przyczyn naturalnych.

Mam teorię, że to przez stres, nerwy, natłok odpowiedzialności. Od dźwigania zbyt dużego ciężaru psychicznego i emocjonalnego. A fakt faktem, że jakoś od czwartku zaczęłam się potwornie stresować wyjazdem, który ostatecznie w irracjonalny sposób się nie odbył. To chyba nie może być przypadek, jeśli później w sobotę pojawiła się migrena.

Do soboty nie miałam pojęcia, że można wykupić miejsce w InterCity, a potem dowiedzieć się, że pociąg nawet nie ma takiego wagonu. Był wagon piętnaście, był trzynaście, a potem kolejne dwanaście i jedenaście. Nie było czternastki. Bo tak. Bo nie. Bo nikt nic nie wie, a miejsc brak. A inne pociągi poopóźniane. A mnie było już bardzo słabo, bo zbliżała się migrena. Odpuściłam. Przepadła kasa i wszystko. Przynajmniej mogłam się potem ubrać, jak chcę. I zrobić, co zechcę.

Nie mam zasobów nerwowych na pewne rzeczy i organizm zaczyna mi wyraźnie o tym przypominać. Wiem, że ta migrena to ostrzeżenie i przypomnienie, by przestać dawać z siebie więcej aniżeli się otrzymuje.

Czy można być zazdrosnym o babę, której nikt nie chce, będąc jednocześnie od zawsze w jakimś udanym związku? Jakież to absurdalne!

Verified by MonsterInsights