Łabędź
Znajoma autorka opowiadała mi kiedyś, że zawsze chodzi z dyktafonem przy sobie. Nie zna dnia, ani godziny, gdy słowa ją zaatakują. Wtedy, gdy nie może usiąść do pisania, po prostu wyciąga dyktafon i łapie je, jak ulotne chwile. To prawda. Słowa atakują. Jeśli nie zarejestruje się ich w porę, to zwykle nikną.
Zawsze kołując ledwie nad dnem, moja wena eksploduje. Słowa się mnożą, jak króliki. Wizje i projekcje przykrywają rzeczywistość. Każdy szczegół lśni. Każde zdarzenie ma znaczenie i powiązanie. Każdy człowiek jest źródłem stworzenia. Nie ma lepszego paliwa do pisania niż nieszczęśliwe uczucie romantyczne. I przeklinam to na wszystko! Gdybym miała wybierać – móc pisać czy być szczęśliwie zakochaną, zaprawdę powiadam, że rzuciłabym tę cholerną, marną twórczość w diabły! Nie chcę pisać. Chcę kochać i być kochaną.
Jeśli jesteś łabędziem wśród kaczek, w ich kaczym stawie, to jesteś łabędziem czy kaczką?
Łabędź wśród kaczek wychowany będzie inny. Od wyklucia ignorowany, wyszydzany, traktowany niepoważnie, musiał wykształcić w sobie silne cechy. Zaradność, pracowitość, cierpliwość, pokorę, wytrzymałość, siłę woli. Musiał być bardziej kaczy niż kaczki, by te mogły go przynajmniej tolerować. Te cechy przydały mu się w stawie, ale jednocześnie zostały w nim – jak wypalone stygmaty – i wiodą prym w jego życiu poza stawem.
Stał się bardziej kaczy niż kaczki, ale przecież jest łabędziem. Czy jeszcze jest łabędziem? Myśli, że rozumie kaczki, a kaczki myślą, że mówi w ich języku. Tymczasem to język łabędzi z kaczą nakładką, jak linuxowy interfejs na Windowsie.
A inne łabędzie? On się wśród nich jakoś dziwnie peszy i męczy. Nie rozumie ich, a one jego, chociaż mówi już bez nakładek. Nie jest typowym łabędziem. Ani typową kaczką.
Jest hybrydą. Cholerną hybrydą.
Może doskonale pływać w kaczym stawie i poradzi sobie świetnie zanurzając głęboko szyję w ukochanym morzu, pośród stada swoich, bez skrępowania zadzierających kuperek wprost do nieba.
Może z takim samym wysił kiem pisać powieści oraz kod aplikacji. Może wyglądać, jak Wenus i z powodzeniem dźwigać ciężary. Może się wyrywać do płacenia w restauracjach i pozostać niewzruszonym na ołtarzu adoracji. Ale, czego on tak naprawdę chce? Co woli bardziej?
Chce pływać jak szalony w kaczym stawie, bo kocha kaczy staw. Inne łabędzie od niego raczej stronią, ale ten go naprawdę kocha. I jednocześnie chce być pełnoprawnym łabędziem. Darzonym tym szczególnym respektem, którym darzone są łabędzie. Chce pisać tylko kod.
Chce być łabędzi w kaczym stawie.
Dlaczego ja Ci nie wierzę, że nic nie poczułeś, że to nie to?
Może nie wierzę, bo to mi daje jeszcze nadzieję? Albo nie chcę się pogodzić ze zbyt bolesną prawdą. A może ja sobie Ciebie tylko wymyśliłam? Może byłeś jedną z moich projekcji, powstałych na skutek pandemicznego wyizolowania? Kochanie, czy Ty istniejesz? Czy istniałeś?
To znów sztorm. Wielkie, energetyczne zrywy są chwilowe. Są dymną zasłoną. Jestem rozchwiana. Moje żagle rozdarte. Tracę kurs. Woda wlewa się na pokład. Ostatkiem sił próbuję trzymać oszalały ster. Uciekam w pracę, muzykę. W pracę i muzykę. W pracę. W kaczym stawie.