MiniBuka

MiniBuka: strona pierwsza

Urlop. Długo wyczekiwany. Bardziej przez jej współpracowników niż nią samą. Ona mogłaby pracować dzień i noc. Nie planowała na ten rok żadnych wyjazdów, bo nagle przestała czuć taką potrzebę. Zbyt dużo złego działo się w jej dwóch światach, by jakikolwiek wyjazd uznała, że jest na miejscu. W świecie zewnętrznym i tym wewnętrznym. Sztormy, burze, tornada, wojny. Praca zatem była w jej mniemaniu teraz najważniejsza i na miejscu. I tak zresztą na innych polach ponosiła niemal same klęski. Przynajmniej ta praca się jako tako udawała i to z niej czerpała życiodajną energię. Nie da się jednak pracować ciągiem. Ona byłaby w stanie to udowodnić, lecz nie dano jej na to szans. Musiała w końcu wziąć wolne. Miała tylko jedną preferencję. Skoro nie wolno jej się zbliżać do biura przez dwa tygodnie, to alternatywę stanowiło tylko i wyłącznie morskie wybrzeże. Poszukała najbardziej ustronnego miejsca, spakowała to, co uznała za stosowne i nie było w tym zestawie ani bikini, ani olejku do opalania, a następnie wyruszyła na północ.

Mały, drewniany, niebieski domek z białymi okiennicami, położony na skraju wydmy, w miejscu pomiędzy małymi miejscowościami. Idealne schronienie dla kogoś, kto pragnie kontaktu z morzem na wyłączność. Bez tłumów, parawanów, gotowanej kukurydzy. Praktycznie bez śladów cywilizacji. Wystarczyło, by najbliższy sklep oddalony był o sześć kilometrów i już trudno było spodziewać się w okolicy jakiejś żywej duszy. Chyba, że to dusza mewy, rybitwy, kormorana bądź jakiegoś wodnego stworzenia. Czasem zastanawiała się, czy do takich dzikich plaż mają odwagę podpłynąć syreny. Wierzyła głęboko w ich istnienie, ale chowała tę wiarę dla siebie. Już i tak była dość ekscentryczna. Zdawała sobie sprawę, że nadaje na innych falach niż większość ludzi. Miała świadomość swojej inności oraz tego, że często jest ona negatywni e albo i zbyt negatywnie odbierana. Nie zamierzała, bo nawet nie potrafiła tego zmienić. Z wiekiem nauczyła się to doceniać i kochać, dlatego chęć tej zmiany w ogóle nie wchodziła w grę. Jeśli ktoś jej nie akceptował, to po prostu ona to akceptowała. Aczkolwiek jakaś nutka żalu zawsze pozostawała. Ten żal przypominał jej o tym, że jest specyficzna, trudna. Samotna.

Tuż po przyjeździe, gdy tylko po krótce zaznajomiła się z zakamarkami przytulnego domku oraz poustawiała swoje rzeczy na właściwe miejsca, chwyciła słuchawki i pobiegła nad morze. To jej święta tradycja – po przyjeździe nad morze należy przywitać się z morzem. Żadna inna potrzeba lub słabość nie ma prawa się wybić ponad to. Znalazła tutaj idealny, kamienny cypel, niedaleko od brzegu wbity w wodną dal. Usiadła na samym jego szczycie. Muzyka tylko podnosiła doniosłość tej chwili. Przymknęła oczy. Wdychała lekko słone powietrze pełnymi płucami. Otwarła je z powrotem tylko po to, by pozwolić się zahipnotyzować patrzeniem w rytmicznie nachodzące fale. Jedna za drugą. Szum przebijał się przez słuchawki komponując z odtwarzaną muzyką wyjątkową i niepowtarzalną melodię. Mogłaby tak siedzieć całą wieczność. Mogłaby tak siedzieć całą wieczność, gdyby nagle nie zobaczyła obok siebie czyiś nóg.

-Dzień dobry, bardzo panią przepraszam – mógłbym się dosiąść? Zdaję sobie sprawę, że na takim odludziu chce się pobyć bez ludzi, ale niestety nie ma tutaj tak świetnego miejsca do pokontemplowania, jak właśnie ten cypel. Ja również mam słuchawki. Obiecuję, że będę tu siedział tak, jakby mnie nie było. I nie zajmę całego szczytu. Możemy się nim podzielić? – potok słów wypłynął z niego prawie tak samo, jak wielka fala, która teraz naszła. Sam się zdziwił. A chwilę potem uznał za kretyna i tylko czekał aż otrzyma stosowną ripostę. Ona natomiast tak bardzo zaskoczona jego nietypowym zachowaniem już miała na myśli ucieczkę bardziej niż ripostę, ale zaskoczenie wygrało. Albo ciekawość.

-Dzień dobry. To bardzo osobliwa prośba z pana strony. I spora odwaga. Ma pan rację. Chciałam tutaj posiedzieć sama i ostatnie, czego bym się spodziewała po tym miejscu, to spotkać człowieka. Nie wiem, skąd się pan tu wziął, ale niech już panu będzie – proszę siadać – odsunęła się na równą połowę szczytu cypla.

Podziękował z widoczną ulgą i zajął swoją połowę. Tak jak obiecał – nałożył słuchawki i zaczął patrzeć przed siebie. Zupełnie, jak ona. Posiedzieli tak aż do zmroku, a potem zwyczajnie wstali i rozeszli w swoje strony. Bez żadnego słowa.

Verified by MonsterInsights