MiniBuka: strona druga
Minęło kilka dni, a schemat każdego z nich identyczny. Budziła się dość wcześnie, zjadała dwie kromki chleba na śniadanie z czymś wegetariańskim, a potem wychodziła na długi spacer wzdłuż wybrzeża. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Zawsze z muzyką na uszach. Mogłaby tak iść bez końca, ale gdy nogi dawały się we znaki, był to sygnał do powrotu i jakiejś regeneracji. Wtedy zjadała kolejny posiłek, po którym czasami ucinała sobie drzemkę. A jeśli akurat nie była śpiąca, to czytała fińską powieść, bo one zawsze są nieprzewidywalne, dające do myślenia oraz wybitnie skandynawskie. Uwielbiała ten specyficzny, pozorny chłód bijący od bohaterów i jednocześnie głębokie, emocjonalne wnętrze każdego z nich. Skandynawowie tylko z wierzchu są wycofani, zamknięci, radykalni czy zero-jedynkowi. W środku natomiast tłoczą się myśli niezbadane oraz potężna siła uczuć większych niż temperament niejednego, stereotypowego południowca. Wchodząc w ich świat tak naprawdę czuła się, jak w domu. Mogłaby się określić mianem jednej z nich – kobiety z dalekiej północy. Krew natomiast płynąca w jej żyłach należała do innego plemienia. Ale dusza pochodziła właśnie stamtąd – z wikińskich ziem. Ona to po prostu wiedziała.
Każde popołudnie to czas na bliskie spotkanie z morzem. Coś w rodzaju rytuału czy modlitwy. Od zawsze morze wzbudzało w niej niepojęty respekt. Widziała w nim samego boga. Siłę wyższą. Potęgę wszechświata oraz żywiołów naszej ziemskiej natury. Będąc blisko morza, patrząc na czasem spokojne, a czasem agresywne fale, czuła jak nawiązuje dialog z siłą wyższą. Od dzieciństwa wpajano jej, że boga należy szukać w kościele i w konkretnie zdefiniowanych modlitwach. Lecz ona nigdy nie czuła w kościele tego, co czuła nad morzem. Ani nigdy żadna z modlitw wyuczonych na pamięć na lekcjach religii nie wywoływała na jej skórze gęsiej skórki, tak jak słowa, które wymawiała w myślach, gdy kojące fale oblewały jej stopy.
Siadała na swojej połówce kamiennego cypla i medytowała. Na połówce, ponieważ niedługo później drugą część zajmował tajemniczy nieznajomy. Nie rozmawiali, nie umawiali się, a od tych paru dni zjawiali się niemal równo w jednym miejscu i czasie, który przeznaczali na to samo. Na patrzenie w odległy horyzont. Tak po prostu. Tak po skandynawsku. Wyczuwali się telepatycznie. Już jakoś po drugim dniu, podświadomie przyjęli to za normę i wręcz oczekiwali siebie tam spotkać. Każde z nich miało swoje miejsce, choć w żaden sposób nie przypisane na stałe. Czuli swoje ciepło, zapach. Widzieli zarys sylwetki. Byli razem w tej medytacji, choć zupełnie osobno. Nie znali nawet swoich imion, a mimo to byli sobie w szczególny sposób bliscy. Aż dnia czwartego nastąpił przełom. Bo czwarty dzień to zwykle przełomowy dzień burzy i piorunów. Aczkolwiek ten dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny.
-Piotr – odezwał się mężczyzna nie odrywając oczu od horyzontu.
-Maria – odpowiedziała, tak samo trzymając wzrok na linii styku wody z niebem.
Jako, że to była pora, w czasie której zwykle zbierali się do powrotu, tak też uczynili i tym razem. Tak po prostu. Tak po skandynawsku.