MiniBuka

MiniBuka: strona czwarta

Nie powiedziała mu, że był to jej ostatni wieczór przed wyjazdem. Bo przecież nic mu o sobie nie powiedziała. Nawet imię zmyśliła. Nie odczuwała z tego powodu jakichś wyrzutów ani niczego podobnego. Ciągle sobie powtarzała, że to tylko nieznajomy. Nikt ważny. Zasady, którymi się w życiu kierowała – była z nimi w zgodzie, ponieważ nie wyznała temu nieznajomemu niczego, co mogłoby pomóc ją zidentyfikować. To istotne dla bezpieczeństwa. „Ufaj tylko tym, którzy na to zasłużyli” – ten fragment piosenki wrył się w jej głowę niczym mantra. Ale co to właściwie oznacza? Jak można zasłużyć na jej zaufanie? Na to pytanie nie znała odpowiedzi. I tym samym wpędzała wszystkich, którzy odważyli się nieco do niej zbliżyć, w paskudne, błędne koło. Krążyli w nim jak chomiki, z dala od niej. Mogliby przebiec w tych swoich kołach kilkukrotne maratony, a ona nadal nie wiedziałaby, czy już zasłużyli. Bo zawsze znajdzie się jakieś coś, do czego można się przyczepić, co można podważyć. Zawsze znajdzie się jakiś dystans.

Jak zwykle, bardzo metodycznie pakowała swoje rzeczy oraz wykonywała kolejne czynności zamykające jej pobyt w małym, niebieskim domku. Odhaczała w głowie kolejne punkty na liście. Nie musiała sobie nawet niczego spisywać – po prostu zawsze miała w głowie gotowy plan. Zawsze na wszystko. Realizując punkt po punkcie czuła, że panuje nad swoim życiem. Że ma kontrolę. Że nic jej nie zaskoczy. A to z kolei dawało jej spokój. Ukojenie dla nadwrażliwych nerwów. Najlepszym sposobem na radzenie sobie ze stresem był plan. I nie istotne jak błahych spraw on dotyczył. Plan musiał być i kropka. Nierzadko nawet częścią planu były wyjścia do toalety lub same tego typu wyjścia miały swój plan – najpierw umyć zęby, a potem twarz, by w razie wydostania się pasty z ust móc ją potem wyczyścić razem z całą twarzą, za jednym razem. Potencjalnym stresorem mogłoby być cokolwiek. Nawet dodatkowa konieczność odkręcenia wody i przetarcia ręcznikiem, gdyż to opóźniłoby pójście do spania, a to z kolei utrudniłoby poranną pobudkę, a wówczas napięcie, by zdążyć do pracy byłoby już na tyle odczuwalne, że zamanifestowałoby się w fizycznym bólu. Efekt motyla. Albo domina.

Poukładane w równym rzędzie myśli, tak samo jak ubrania w walizce, były już gotowe do odjazdu. Uzbrojone na powrót do codzienności i wręcz spragnione pracy, która zajmowała w jej życiu szczególnie ważne miejsce. Nie nazywała się pracoholiczką, ponieważ jeszcze nie dotarła do tego poziomu samoświadomości, aczkolwiek każdy z boku na nią patrzący dokładnie tak by o niej powiedział. Analogicznie, jak w przypadku alkoholizmu – pierwszy krok do wydostania się z nałogu to przyznanie się samemu przed sobą, że jest się alkoholikiem. Ona była w tej chwili o jakiś rok świetlny od tego momentu, gdy uzna się za pracoholiczkę.

Porządek jednak nie był tak idealny, jakby sobie tego życzyła. Coś go zakłócało. Jakaś pozornie wątła iskra, której siła woli budziła lęk intuicji. Dusiła ją. Uciszała. Nawoływała do odejścia. Lecz z marnym skutkiem. Iskra wyświetlała w jej głowie obrazy – wspomnienia z medytacji na kamiennym cyplu. Obecności tego człowieka – niby zwyczajnego, a tak niezwykle niepozornego. Intrygującego. Którego już samo bycie koiło znacznie bardziej niż jej najbardziej misterny plan. Iskra zadawała wiercące pytania: „I jakże odjedziesz? Tak po prostu? Tak bez słowa? Bez żadnej wiadomości?”.

Lodowata, jak skandynawskie wody i powietrze kalkulacja ścisłego umysłu zwyciężyła. Ten człowiek jest obcy. Ten człowiek nie jest taki, jak wzór z wyobraźni. Ten człowiek na pewno skrzywdzi, bo tylko wzór z wyobraźni nie krzywdzi.

Zatrzasnęła za sobą najpierw drzwi domku, a potem auta. Wrzuciła bieg, włączyła ciężką muzykę, nastawiła nawigację i odjechała.

Verified by MonsterInsights