Stare cumy rzuć!
Do końca drugiego, pandemicznego roku zostało parę godzin. Przed nami kolejny – zapewne również pandemiczny. Czy właściwie każdy następny będzie inny? Nie. Na pewno to, co było już nie wróci. I to nie jest czarna wizja. To oczywista oczywistość wszystkiego. To, co było nigdy nie wraca. I ja w tym widzę nadzieję oraz optymizm. Czas na podsumowanie mojego dwadzieścia dwadzieścia jeden.
Otóż, oto jest pytanie – czy można z powodzeniem wejść ponownie do tej samej rzeki? Dokładnie od takiego kroku rozpoczął się dla mnie ten mijający rok. I uważam, że odpowiedź na to pytanie jest jedna – nie. Nie, bo ta rzeka i ta ja, i to wejście siłą rzeczy, siłą wszechświata są po czasie zupełnie nowymi bytami. I całe szczęście, że życie i świat tak działają! Dostałam od losu drugą szansę na poprawę tego, co spieprzyłam minionym razem. Wiem dziś, że wtedy nie byłabym w stanie zachować się tak, jak zachowałam się teraz. To było wówczas niemożliwe, bo nie miałam na barkach takiego bagażu i wiedzy. Tym razem wróciłam do firmy bogatsza o umiejętności, które pozwoliły mi z powodzeniem zmierzyć się z niemal identycznym problemem, który spotkał mnie wcześniej i wtedy rozłożył na łopatki. Los zaserwował mi niemal identyczną sytuację – naprawdę poczułam, że to egzamin poprawkowy. I uważam, że udało mi się go zdać. Wreszcie! Tak, ten rok uważam zdecydowanie za rok poukładania i ustabilizowania swoich spraw zawodowych.
Kolejną, wielką sprawą w tym roku była kontynuacja mojego duchowego rozwoju. I choć na tym polu nie brakowało scysji z moimi bardzo katolickimi rodzicami, to przynajmniej starałam się tłumaczyć im, że nie jestem satanistką, ateistką, poganką (chociaż może i do tego mi najbliżej), nie należę do żadnej sekty, nie jestem pod manipulacyjnym wpływem kogoś/czegoś, nie wierzę w kamienie, czy też nie mam alergii na kościół (zarówno jako wspólnotę, jak i budynek). Jezus jest spoko, tak samo Budda czy Mahomet. Szanuję wszystkich równo. Tak i proroków, jak i ich wyznawców. I Odyn ze swoją świtą z Asgardu też jest spoko. Dla mnie to jedno. Wierzę, że istnieje siła wyższa, która napędza tę całą naszą ziemską i nieziemską machinę, a my ludzie jesteśmy jej bardzo ważnymi pochodnymi. Wiem, że moc tej siły jest tak ogromna, iż nasz ludzki mózg od zarania dziejów pragnął ją jakoś ogarnąć, gdyż jej zrozumienie nie jest łatwe. Spersonifikować, nadać ścisłe ramy. Tak powstały rozmaite religie, sekty, legendy. To interpretacje tej siły. Jedne bardziej kontrowersyjne, inne mniej. Jak to interpretacje. A i może to, co ja teraz napisałam jest kolejną z nich?
„(Wierzę) w morzę, w pracę i w siebie” – to cytat z „Hen na północy Norwegii” autorstwa Ilony Wiśniewskiej, który doskonale odzwierciedla mój stan duchowy i jest moim życiowym motto.
Swoją drogą powyższy cytat jest także idealnym podsumowaniem tego roku. Te trzy żywioły – morze, praca i ja. To właśnie były główne tematy w tym roku. Jak już wspomniałam, ustabilizowałam się zawodowo, pracowałam mocno nad sobą, swoją wiarą w siebie i samooceną, nad moimi dzikimi nie raz emocjami, a z kolei morze mogłoby po tym roku rzec, że ma mnie już serdecznie dosyć – „o nie, znów ta namolna baba do mnie przyjechała…”. Oj, nie denerwuj się – ja ciebie też!
Naprawdę sporo zadziało się w mojej głowie. Odkryłam kolejne pięćset Ameryk i jeszcze dwie Australie. Rozwód, który przeszłam ponad dwa i pół roku temu, jak i całe to małżeństwo, zanotowało się ostatecznie na kartach przeszłości, która dziś wydaje mi się odległa o całe lata świetlne. Nie czuję już nic – do nikogo i niczego. Nie ma żalu, złości czy jakiejś tęsknoty. Nie ma również pozytywnych emocji. Oczywiście poza jedną – moją córką, która jest aktualnie jedynym dowodem na to, że ja kiedyś byłam w związku małżeńskim i żyłam sobie życiem standardowej, prawdziwej Polki. Takiej, co to bije kotlety w niedzielę i popada w przedświąteczną paranoję. Skończyły się te moje paranoje.
Dziś żyję, jak bardzo nietypowa Polka, aczkolwiek myślę, że jak całkiem typowa Skandynawka. O ile powinnam się jakkolwiek zaszufladkować. I muszę przyznać, że nareszcie jestem sobą! Czemu tylko zajęło mi to ponad trzydzieści lat?
Rzeczy, z których jestem najbardziej dumna w tym roku?
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl to wymiana pływaka w zabudowanej spłuczce. Ależ to była moc, gdy mi się udało!
Dumna też jestem z tego, że odważyłam się zaprosić do teatru mężczyznę, którym się mocno zauroczyłam. To było takie przełomowe, wyzwalające. Co prawda, dostałam kulturalnego kosza, ale i tak byłam szczęśliwa, bo postąpiłam w zgodzie ze sobą i wbrew krzywdzącym stereotypom. Nie mam do niego żalu za kosza! Wręcz przeciwnie – bardzo go szanuję.
No i kolejna, wielka rzecz, z której mogę być dumna – ukończyłam swoją drugą powieść. Na razie leży na dysku oraz w skrzynkach mailowych kilku wydawnictw. Żadne, jak dotąd się nie odezwało, więc nie liczę, że i tym razem uda się ją zmaterializować. Ale w przeciwieństwie do pierwszej powieści, tym razem absolutnie mi na wydawaniu nie zależy. Wystarcza mi własna satysfakcja i tony zrzuconych z siebie ciężkich, jak ołów emocji. Może kiedyś „wydam” ją tu, na blogu? Skoro wydawanie powieści nie przynosi żadnych pieniędzy (przynajmniej autorowi), to równie dobrze można publikować swoje teksty za darmo w Internecie. Wszystko mi już jedno.
A co się nie udało?
Nie udało mi się w oszczędzanie. To dla mnie wielka sztuka, naprawdę. Ja chyba zwyczajnie kocham pieniądze w ruchu – co przyjdzie, musi natychmiast być porwane przez żywioł moich przeróżnych pomysłów. Nie ma takich pieniędzy, których nie idzie wydać. Obiecuję jednak poprawę w roku dwadzieścia dwadzieścia dwa. No przynajmniej się postaram. Albo i tak zostanę przymuszona trudną, ekonomiczną zapowiedzią tego nadchodzącego roku. Jak i my wszyscy.
Poza tym, sądzę, że w tym roku za bardzo się wyalienowałam i zaniedbałam kontakty towarzyskie – szczególnie w drugiej połowie. Właściwie rzecz biorąc to mi z tym jest bardzo dobrze. Świetnie się czuję sama w swojej jaskini, ale to chyba nie jest do końca właściwe. Nie umiem się do ludzi pierwsza odzywać, wychodzić z inicjatywą, składać życzenia świąteczne, proponować spotkania czy rozmowy telefoniczne. Chyba, że jestem kimś zauroczona – wtedy nagle potrafię się w sobie zebrać. Dobra jestem, jak mi zależy – okrutne to i potępiam w sobie takie zachowanie. To też muszę nareperować.
Dla równowagi – trzecia, duża rzecz z kategorii porażek. Zarysowałam nadkole mojej czterokołowej rakiety. Jakże mnie to boli! Niemal równie mocno, jakbym sama sobie nogę do krwi rozdrapała. To przykre zdarzenie miało miejsce tuż na samym początku roku i nadal mocno boli. Wybaczyłam to sobie, ponieważ zauważyłam zależność – mój każdy poprzedni samochód zarysowywałam podczas parkowania dokładnie w tym samym miejscu. Za każdym razem w garażu i za każdym razem o mur/kolumnę. I za każdym razem w prawe, tylne nadkole. Rakieta jest już trzecim samochodem z rzędu, który urządziłam w ten sposób. Zrobiłam jej jednak drobny manicure – kupiłam zestaw lakierów zaprawkowych, wzięłam odtłuszczacz do manicure hybrydowego i prawie, no prawie już nie widać. Do lakiernika udam się, gdy dostarczę jej więcej podobnych „ozdób”.
A co dalej?
Co to będzie, co to będzie? A cholera jedna wie! Jedno jednak wiem na pewno:
„Woła do nas świat, są marzenia do spełnienia
stare cumy rzuć, wyznacz nowy kurs!”
Toast 3 (Woła do nas świat) – Mietek Folk Olsztyn