MiniBuka

MiniBuka: strona piąta

Zamienili ze sobą wczoraj już kilka, niezłych zdań. To go niesamowicie ucieszyło i zmotywowało. Sam by się nie spodziewał, że po tak bezczelnym zachowaniu z jego strony, ona mimo wszystko nie ucieknie. Samotna kobieta na odludziu i nagle chce się dosiąść do niej obcy facet – na zdrowy rozum to przeraziłoby każdą inną. Przeraziłoby pewnie i niejednego mężczyznę. Nie zastanawiał się w ogóle nad tym, gdy tak bezceremonialnie wlazł na cypel i otworzył gębę. Zorientował się dopiero, gdy sylaby wydobywały się z jego ust. Jakby się zapomniał, że to już nie zatłoczone miasto, które dopiero co opuścił, by zapewne, jak i ona – złapać oddech.

A ona była inna niż inne oraz dziwnie do niego podobna. Chociaż na pierwszy rzut oka całkiem niepodobna. Taka dopięta na ostatni guzik. Perfekcyjnie dopasowane ubrania pod wieloma względami – wzorów, rozmiarów, kolorów, faktury tkanin. Idealnie dobrane dodatki, ułożone włosy, delikatny makijaż. Była tak pedantyczna, nawet w sportowym stroju, że aż biło od niej napięcie. Jakaś nerwowość – bardziej neurotyczność. Stalowa siatka oplatająca ją ściśle, by to wszystko utrzymać w ryzach. Akurat pod tym względem totalne jego przeciwieństwo. On nie miał głowy, by w ogóle zwracać uwagę na coś tak nieistotnego, jak zestawienie koloru koszuli ze spodniami albo zadbanie o czystość nogawek, które nad morzem przecież nie miały szans uchować się od piasku. A sprawę kolorów zresztą, załatwił dawno prostym trikiem – ubierał zawsze wszystko w jednej barwie. Uważał, że to genialne. Zaoszczędził sobie tym sposobem, co najmniej kilku problemów oraz punktów stresu dnia codziennego.

Natomiast to, co było w niej tak z nim tożsame nie było widoczne z zewnątrz. Wyczuł jej odwagę i pewną drapieżność. Skłonność do dostrzegania tego, czego nie widzi większość. Do patrzenia dalej i szerzej na ten sam horyzont. Oraz miłość do morza.

Zbliżał się do niej stopniowo, delikatnie, z wyczuciem. By jej nie spłoszyć. Korciło go nie raz, by odezwać się jakkolwiek, jednak potrafił w niezwykły sposób zauważyć, jak jej stalowa zbroja się najeża na samą jego my śl o jakiejkolwiek interakcji. Pozwalała mu zajmować obok siebie miejsce, więc cenił to i trwał obok w milczeniu. Intrygowała go coraz mocniej i mocniej. Aż w końcu doczekał się dialogu. Nawet całkiem zabawnego. Całkiem zgrabnego i nie nazbyt krótkiego. To był przełom. Niesiony ponownie nad kamienny cypel, jak na skrzydłach, był prawie pewien, że dzisiejszy wieczór wreszcie zacznie wyglądać, jak normalna randka.

Lecz ona się już nie zjawiła. Morskie fale obijały się o kamienie i moczyły mu nogawki. Zapadał zmrok. Nic. Ani śladu. Rozpłynęła się niczym iluzja – ta sama, którą żył ostatnimi dniami. Coś zabolało. Ukłuło. Najprawdziwiej, jak to tylko możliwe. Jawa. Jednak jawa. Ona jednak istniała.

Verified by MonsterInsights