Happy end and up happy hands!
I oto ukończyłam MiniBukę w sposób, który i mnie zaskoczył. Nieoczekiwane zwroty akcji to chyba moja specjalność, która dotyka nie tylko mojej twórczości, ale jak się ostatnimi czasy okazuje – również mojego życia. Napisałam tutaj niedawno, że wolałabym już nie mieć powodów do pisania. Już nie być w tej emocjonalnej zapaści, gdzie wena jest, co prawda złota i nieskończona, ale moja psychika balansuje na niebezpiecznej krawędzi. I właśnie pracuję nad tym, by tego dokonać. By już nie móc pisać znad przepaści.
Sądziłam, że MiniBuka potrwa dużo dłużej, będzie naszpikowana jeszcze wieloma ciężkimi rozważaniami Idy nad brzegiem morza, wzorowanej na postaci Sagi z „Mostu nad Sundem”, ale… Tymczasem nastąpił happy end, a MiniBuka została krótkim opowiadaniem. Aczkolwiek nie wykluczam, że być może pierwszym rozdziałem czegoś większego. Czegoś, co tym razem będzie napisane na zupełnie innej bazie. Tego życzyłabym sobie w dzisiejszym dniu moich trzydziestych czwartych urodzin!
(Uwielbiam pisać liczebniki słownie. Podczas redakcji „Pana idealnego” wszelkie cyfry zostały poprawiane na słowa, co od tego momentu pokochałam.)
Ach te nieoczekiwane zwroty akcji! Życie pisze najlepiej. Nie jestem godna z nim rywalizować. Mogę tylko się uczyć tej finezji, powiązań, siły emocji, związków przyczynowo skutkowych w szerszej perspektywie. Jestem tylko skromnym jego czeladnikiem. Ba, zaledwie stażystą!
Ciągle trwam w nauce i wdzięczna jestem za to, co już dane mi było doświadczyć i zrozumieć. Przygotowuję się zatem do nowego projektu. A teraz – czas na świętowanie happy endu!