Psychosny

Psychosen drugi

Gdybym miała jutro umrzeć to, czy zrobiłabym dziś to, czego tak bardzo się obawiam i co nie pozwala mi spać spokojnie? A robiłam to już wcześniej i za każdym razem rezultat tego działania czynił mi krzywdę. Czy gdybym wiedziała, że jutro umrę, to pozwoliłabym żyć nadziei do końca? Nawet kosztem kolejnego rozczarowania oraz kolejnego cierpienia, które będzie ostatnim, co dane mi będzie przeżyć w tym wcieleniu?

Zwykły dzień roboczy w środku tygodnia. Chciałoby się tak bardzo zrobić coś więcej niż tylko praca. Chciałoby się spędzić to popołudnie i wieczór ciekawie. Nadrobić jakby tę większość dnia. W ciągu zaledwie paru, krótkich godzin zmieścić w pewnym sensie stracone osiem. Byle więcej, byle szybciej.

Market ogrodniczy. Wyjście na część zewnętrzną oślepia zachodzące słońce. Trudno manewrować ciężkim wózkiem. Ludzie wokół, jak w amoku. Oślepieni i zmęczeni. Chcą coś kupić. Zrobić coś fajnego z tego, co kupią. Sami nie wiedzą, co i jak. Ale chcą. Przeciskają się w ciasnych alejkach. Trącają innych, przestawiają inne wózki. Pośród nich pracownik operujący wózkiem widłowym. I ten się przeciska, manewruje, walczy z niełatwą materią. W ostateczności strąca coś z mijanej palety, a potem rozjeżdża coś innego, co znalazło się w niewłaściwym miejscu. Dokonał strat i dokonał jakiegoś względnego pożytku.

Kolejka do kas ciągnie się przez pół sklepu. Czuć ludzki pot. Ktoś prowadzi jakąś pogawędkę. Nareszcie nadeszła pora, by wyładować sadzonki na ladę.

-Powoli, ze spokojem, niech się tak pani nie spieszy, bo pani sobie kwiatki połamie – mówi spokojnym i łagodnym tonem kasjerka w starszym wieku.

Powtórzyła to jeszcze parę razy. To było takie miłe i kojące, ale jednocześnie kompletnie niezrozumiane. Przecież tutaj nie było pośpiechu ani nerwowości. Przecież to było normalne tempo. Przecież… O co jej w ogóle chodziło?!

Sadzonki przetrwały to czy inne tempo. Nawet gwałtowny skręt i hamowanie w samochodzie. A potem zapadał zmrok. I wtedy nadszedł czas na nią – na królową różę. Dwie z zeszłego roku się nie obudziły. Były wówczas zasadzone w wielkiej donicy po oleandrze, który z kolei nie obudził się po jeszcze poprzedniej zimie. Zaatakowały go mszyce, a potem umarł śmiercią naturalną. Zostało po nim sporo ziemi w tej donicy, więc posłużyła ona do dwóch, swarzędzkich róż.

Swarzędzkich.

Lecz i one zostały zaatakowane przez mszyce. Nie aż tak, jak oleander i dokładnie tak, jak oleander to nie mszyce je zabiły, a zimno, chłód, zdystansowanie. Znów została po nich prawie pełna donica tej samej ziemi. Ziemia wyglądała całkiem dobrze. Zachęcająco do tego, by umieścić w niej tegoroczną królową. Coś jednak nakazało się jej wreszcie pozbyć. Bez wyrzutów, aczkolwiek w istocie strata wydawała się bardzo duża i niepotrzebna. Niełatwo było wykopywać łopatka po łopatce kolejne porcje, zdawałoby się żyznej gleby i wrzucać je do worka na śmieci. Poszło to jednak jakoś. Jakoś tak klasycznie – od najtrudniejszego, pierwszego kroku począwszy. Potem świeża, całkiem nowa ziemia zajęła należne sobie miejsce. Uwiła przytulne gniazdo – tron dla królowej. A ta zasiadła na nim dostojnie. Czy mszyca znów zaatakuje?

Boże miej go w opiece.

Boże spraw by był szczęśliwy.

Boże pomóż mu. Pomóż.

Moim szczęściem będzie jego szczęście, niezależnie, czy wspólne.

Ciągle jestem przekonana, że to tylko skorupa, ciężki najeżony pancerz, który i mnie potem zdołał owinąć. Czuję i zawsze czułam, że on jest inny. Być może więzi go przeszłość. W kolczastym pancerzu.

Boże miej go w opiece.

Boże spraw by był szczęśliwy.

Boże pomóż mu na nowo nauczyć się kochać.

Boże pomóż mu na nowo pozwolić sobie na bycie kochanym.

Boże pomóż nam sobie to wszystko poukładać.

Boże pomóż nam wejść na właściwą drogę.

Boże chroń nas od złego, które sami sobie z taką łatwością czynimy.

Nadzieja umiera ostatnia. Wcześniej umrę ja.

Verified by MonsterInsights