Psychosen piąty
Czy możliwym byłoby tak nagle zniknąć? Rozpaść na kawałki. Wyparować. Bez śladu. Nagle. Życie toczyłoby się swoim tempem. Wyobraź sobie, że siedzisz spokojnie na swojej ulubionej kanapie czy fotelu, aż nagle się dematerializujesz. Kanapa bądź fotel zostają bez śladu. Nie było żadnego dźwięku ani spektakularnego błysku. Byłeś. I już cię nie ma. Być może coś się przesunęło w twoim DNA. A być może przelała się jakaś wewnętrzna czara tolerancji.
Niezwykle zawiłe potrafią być łańcuchy przyczynowo skutkowe. Wszystko ma znaczenie.
Zatłoczona galeria handlowa. Zatłoczony sklep. Twarze przemykają wokół. Migają, jak filmowe klatki w starym kinie. Ktoś spojrzał w lewo, ktoś na wprost. Ktoś patrzy na nią. Ktoś inny skrzywił się w dziwnym grymasie. Ktoś coś mówi. Non stop ktoś coś mówi. A nikt nie słucha. I nikt nie rozumie. Patrzą, dotykają, przebierają, wybrzydzają. A nie widzą. Komentują, pytają, czepiają się, drążą, a nadal nie rozumieją. Jest duszno i ciasno. Stres. Bo ktoś przemknął zbyt blisko. Bo ktoś nie zauważył, że ona próbuje coś sięgnąć. Bo ktoś stanął tuż przy niej i się nie rusza. Ucieka, chociaż chciała zostać. Z trudem oddycha. Nie panuje nad oddechem. Chce uciec, ale przecież chce wybrać i kupić coś fajnego. Może przez Internet będzie lepiej? Stres narasta. Waha się. Załącza się tryb awaryjny i głos, który mówi tak:
-Znów odbierasz za dużo. Taka już jesteś i zawsze byłaś. To normalne, co się teraz z tobą dzieje. Ci ludzie tak nie czują, dlatego nie posądzaj ich o złe zamiary. Oni nie widzą tego, co ty. Spokojnie. Oni tego nie widzą i nie słyszą. Nie rozumi eją. Jesteś duchem. Nie zrobią ci krzywdy, bo jesteś duchem.
-Duchem, który odbiera wszystkie ich emocje?
-Tak. Ale oni nie odbierają twoich. To działa tylko w jedną stronę.
-Ja chcę kupić te buty. Do cholery, ja naprawdę chcę tylko kupić buty! Nie wyjdę stąd!
-Brawo. I nie wyjdziesz. Teraz, jak już wiesz, co się z tobą dzieje, to słuchaj mnie i działamy. Krok po kroku. Powoli i logicznie.
-Jestem gotowa. Poprowadź.
-O, tam, w tym rogu jest mniej ludzi. Idź tam powoli, ale równym tempem. Oddychaj powoli. Coraz bardziej powoli. Trochę lepiej?
-Jest lżej. Coraz lżej.
-Świetnie. Oswajasz się z otoczeniem. Takie jest teraz twoje otoczenie. Głośne, zatłoczone, duszne. Jest, jakie jest. Nie oceniaj. Zaakceptuj. Zobacz, wszyscy tutaj gonią, jak jeźdźcy bez głowy. Ten chaos jest czymś stałym. Oni też tylko chcą kupić buty. Nic więcej. Nie obchodzi ich nic więcej. To normalne. Jest piątek po pracy. Zawsze wtedy jest tutaj więcej ludzi i chaosu. Przecież jest już piątek po pracy, prawda?
-No tak, no tak… Godziny szczytu. Oni też chcą tylko kupić buty i wrócić skąd przyszli, odpocząć albo zacząć zabawę. Nie mieli czasu wcześniej. Mają tylko teraz. Jak i ja.
-Właśnie tak. Widzisz już ten rytm?
-Widzę. Jest lepiej. Dużo lepiej. I chyba wrócę na początek. Tam mi coś wpadło w oko.
-Świetnie. Weź głęboki oddech, podejdź do półki, poszukaj swojego rozmiaru, a następnie udaj się do najbliższej pufy na przymiarkę. Jeśli nie znajdziesz rozmiaru, płyń po kolei półka po półce w poszukiwaniu innej pary. Wszystko jasne?
-Już jest w porządku. Poradzę sobie.
Niedługo później płaciła za dwie pary i żartowała z kasjerką. Wyglądała, jak każdy. Sprawiała wrażenie śmiałej i otwartej. Pewnej siebie. Wręcz gruboskórnej. Ktoś mógłby się tak bardzo pomylić.
Ktoś mógł się tak bardzo pomylić.
Ktoś się bardzo pomylił.
-Jak się czujesz?
-Jestem rozjechana. Jakby przez czołg. Nie mam energii. Żadnej energii. Nie wiem, co czuję i czy w ogóle czuję cokolwiek. Jakby mnie już nie było. Jestem duchem.
-Musisz odpocząć.
-Ale ja bez przerwy odpoczywam! Denerwuję mnie odpoczywanie. Denerwuję mnie melancholia. Nie chcę odpoczywać ani znów przeżywać wszechobecnej perfidii, braku empatii, draństwa, okrutności, fałszu, cwaniactwa, powierzchowności i egoizmu! Rzygam już tym. Rzygam tym, że ciągle w to nie dowierzam. Nie chcę już się ciągle dziwić i szokować. Ani tym bardziej uznawać tego za normę. Przelewa się. Zaraz zniknę.
-Nie znikniesz, póki nie ujrzysz Krainy Wyimaginowanej. Pamiętasz?
-Już raz ją widziałam. I nie znikłam.
-Znikłaś. Znikłaś wtedy. Znikła wtedy mała dziewczynka. Z jasnymi, jak len włosami. W tłumie. We fioletowej kurteczce, w parku Vigelanda. Pamiętasz?
-Ale ona była duchem przecież.
-Była duchem.