Matka wariatka
Zniknął wpis z Dnia Kobiet, ale dziś za to jest Dzień Matki. Nie zamierzam przebierać w słowach, bo tego nie lubię. Nie tutaj. I szczególnie nie będę tego robić, jeśli intuicja sama ciśnie mi tekst oraz gdy podpowiada mi, jaka jest prawda.
Był poranek dwudziestego siódmego czerwca. Leżałam na patologii ciąży z wielkim brzuchem i cała w bliznach oraz jeszcze resztkach pęcherzy, które od kilku dni były zbijane sterydami. Trzydziesty siódmy tydzień ciąży. Od miesiąca cierpiałam z powodu nikomu nieznanej, rzadkiej choroby autoimmunologicznej, która pojawia się wyłącznie w czasie ciąży. Ale nie musi. Ale się jednak pojawiła. Moja skóra płonęła, pokrywała się pęcherzami, była czerwona, zaogniona, piekielnie swędząca i bolesna. Przez ten czas prawie nie mogłam się poruszać, bo każde stąpnięcie powodowało ból. Kolejni lekarze umywali od tego ręce. Nie wiedzieli, co to jest, więc uznali, że wolą udawać, że nic się nie dzieje. Nie obchodziło ich moje dziecko ani tym bardziej ja. Z trudem znalazłam jedynego profesora dermatologii w mieście, który doskonale znał tę przypadłość. Potraktował mnie jednak, jak zjawisko. Jak okaz, który zdarza się raz na sto lat. Pobrał mi krew do badań naukowych i pobrał kawałek skóry do potwierdzenia. Oczywiście, że się potwierdziło. Oglądała mnie rzesza studentów. Pemfigoid ciężarnych.
A potem znalazł się profesor ginekologii i razem w porozumieniu zaczęli działać. Jedyni w mieście, którzy się odważyli. Nie mogło być inaczej – patologia ciąży, sterydy, ciągła obserwacja. Heparyna oraz inne specyfiki. Pęcherze w końcu zaczęły znikać, a mała zaczęła przybierać na masie. Bo przez chorobę nie mogła. Była drobna, mniejsza niż być powinna. To nie tylko moja skóra. To też dziecko było zagrożone. Byłam z tym praktycznie sama. W związku, ale sama. Dla mojego ex męża to była jakaś dziwna fanaberia, że raczyłam to przeżywać. Ciąża według niego to nie choroba, nieważne co by się nie działo. Nigdy nie zapomnę, jaki był zirytowany, że przez moje nocne cierpienia z powodu swędzenia i bólu on nie mógł spać. Albo jak patrzył na mnie z obrzydzeniem.
Poranek dwudziestego siódmego czerwca. Koleżanka z sali miała zaraz wyruszyć na stół operacyjny, by zrobili jej cesarkę. Miała ciążę bliźniaczą. To była taka cudowna, piękna i mądra kobieta. Jej mąż równie szlachetny. Tak przyjemnie mi się na nich patrzyło. Powiedziałam jej wtedy: „Dwudziesty siódmy, ale piękna data na narodziny! Ja też się urodziłam dwudziestego siódmego, dlatego tak mi się podoba ta liczba.”. Pozazdrościłam jej, że jej dzieci urodzą się dwudziestego siódmego czerwca. A parę minut później przyszła położna i oznajmiła mi, że za chwilę zaczną mnie przygotowywać na salę operacyjną. I że najpewniej będę cięta wcześniej niż moja współlokatorka. Doznałam szoku.
Nie miałam pojęcia, że planują mnie pociąć. I że chcą to zrobić już – na trzy tygodnie przed terminem. Nie mogli mi tego powiedzieć wcześniej, ponieważ istniało ryzyko, że będę się stresować, a moja choroba miała to do siebie, że zwiększała natężenie pod wpływem stresu. No i szach mat.
Zadzwoniłam szybko do męża. I usłyszałam krzyk. Chciał iść do profesora z pretensjami. Był oburzony, zbulwersowany. Ostatnie, co od niego usłyszałam przed wyjazdem na salę to wzburzony krzyk przy innych pacjentkach: „Już wiem! Kupiłaś sobie tę cesarkę!”.
I w tej chwili podjęłam decyzję o rozwodzie. Nie miałam jeszcze wówczas pojęcia, kiedy i jak, ale jedno wiedziałam na pewno – nie zostanę z tym człowiekiem do końca życia.
A potem siedziałam prawie naga na zimnym stole i starałam się powstrzymać dreszcze, aby anestezjolog trafił strzykawką w mój kręgosłup nie doprowadzając mnie przy tym do kalectwa. Parę minut później usłyszałam płacz dziecka. Było całkiem zdrowe i silne!
Tak właśnie zostałam matką.
Wieczorem przynieśli mi małą. Powiedziałam jej tak: „Jesteśmy wojowniczkami. Damy sobie radę. Przetrwamy!”. I trwamy, jak walkirie. Niecałe trzy lata były mi potrzebne, aby się otrząsnąć, wzmocnić, uwierzyć w siebie i w końcu zakończyć toksyczne małżeństwo. Odeszłam niemal tak, jak stałam. We wspólnym mieszkaniu zostawiłam wszystko, każdy widelczyk, każdy talerzyk. Nie miałam ochoty się tym dzielić, aby mi nie przypominało. Dostałam zdolność kredytową na styk, by móc kupić swoje mieszkanie. Jedyne, co mnie zdziwiło to przemiana męża od czasu, gdy mała skończyła jakieś pół roku. Wtedy się w niej w pełni zakochał. I naprawdę wczuł w rolę ojca. Czasem aż za bardzo. To mnie pozytywnie zaskoczyło. Dlatego przy rozwodzie sam nalegał na opiekę naprzemienną. Ja chciałam po prostu odejść i zabrać to wszystko, co tak bardzo zepsuło mu życie i za co nieustannie czułam się winna – obowiązki, kredyt, odpowiedzialność. Nie zgodził się jednak, bym zabrała małą na wyłączność. To było pozytywne.
Lecz nie dla mojej rodziny. Uznali mnie za wyrodną matkę, bo godzę się na takie zachodnie pomysły. Dziecko powinno być z matką i basta! Jako, że w moim małżeństwie próżno było już szukać większych uczuć, a sprawę opieki dogadaliśmy gładko, tak samo jak i finanse, to rozwód był formalnością. Jedna rozprawa, bez orzekania o winie. Wojnę za to wszczęła moja rodzina. Nie zaakceptowali tej nowoczesnej opieki naprzemiennej. Uznali mnie za niegodną bycia matką.
Gdy wyszłam z sali rozpraw, zestresowana i roztrzęsiona mimo wsparcia psychotropów, chciałam znaleźć się w jakimś życzliwym miejscu, wśród życzliwych ludzi. Pomyślałam wtedy o pracy, więc poszłam do biura. Nie było innego takiego miejsca.
I tak oto, jako obywatelka gorszego sortu zaczęłam budować swoje nowe życie. Taka nowoczesna, taka skandynawska. Opieka naprzemienna, brak alimentów, nawet 500+ dzielony po pół na rodziców. Wykańczałam mieszkanie. Obliczałam ilość potrzebnych płytek czy paneli, a potem jeździłam do budowlanych i dźwigałam. Nie raz na szpilkach, bo zaraz po pracy. Krok po kroku układałam sobie te cegiełki. Najłatwiej było wybudować te w mieszkaniu. Gorzej z wyrwami w psychice.
I wtedy właśnie poznałam kogoś. Taki inny od męża. Elegancki, zadbany, pachnący. O cudownych, topazowych oczach. Zakochałam się. Naprawdę się zakochałam. Ale…
To był ten czas w moim życiu, gdy zobaczyłam, jak wygląda nowoczesna miłość. Dowiedziałam się, co to za pojęcie 'friends with benefits’, które bardziej zasługuje na swoją ostrzejszą nazwę 'fuck friends’. Tak byłam przez niego traktowana. Nie rozumiałam tego. W ogóle. I nie rozumiem do dziś. Ciągle miałam nadzieję na to, że on kiedyś zaprosi mnie na randkę i nie będzie unikał pokazywania się ze mną wśród bliskich i znajomych. Oraz że przyjmie moje zaproszenie na Fejsbuku. Nie doczekałam się tego nigdy.
Dziś zrozumiałam, że takie kobiety jak ja już nie mają szans, by liczyć na coś więcej. Problemem jest rozwód, problemem jest dziecko, problemem jest ta zaradność, której może wcale nigdy nie chciałaś posiąść, bo w głębi marzyłaś, by być delikatną księżniczką w ramionach swojego silnego mężczyzny. Lecz nie miałaś innego wyjścia, jak ubrać zbroję, zapleść warkocze, zrobić sobie tatuaże, chwycić za topór i iść na rzeź.
Problemem jest ta skandynawska nowoczesność. Problemem jest to, że nie wyglądasz na osobę, która przeszła przez to, co przeszła. Bo się uśmiechasz, odnosisz sukcesy, dobrze się bawisz, chwytasz życie za rogi. Nie łazisz po terapeutach, nie żresz już od dawna żadnych psychotropów ani innych pigułek. Dbasz o siebie, dużo medytujesz i potrafisz sama załatać swoje wszystkie dziury. Te w ścianie i te na duszy.
Nie sądzę, by dane mi było jeszcze kiedyś zostać ponownie matką. Chociaż bardzo bym tego chciała. Jestem jednak realistką. Niedawno skończyłam trzydzieści cztery lata. Zegar biologiczny jest surowy. Musi mi wystarczyć moje dziecko i moje kocie dziecko. To przecież bardzo dużo!
Tak, to ja. Matka wariatka.