Psychosny

Psychosen ósmy

Czy można być niewidzialnym? Nagle zniknąć, ale ciągle istnieć. Widzieć i słyszeć. Przemykać wokół ludzi. Mówić do nich, czasem dotykać, lecz bez odpowiedzi. Pisać, krzyczeć, lecz bez odpowiedzi. Jakby cię nie było. Jakbyś był duchem. W dzieciństwie niewidzialność stanowiła jedno z priorytetowych marzeń – mieć czapkę niewidkę, pelerynę niewidkę – taką samą, jaką miał Harry Potter. W dorosłości okazuje się, że można być niewidzialnym i to bez tych gadżetów. Ale czy to nadal jest takie fajne?

Duża Scena. Ulubiony teatr. Mogłabym dostać kartę stałego klienta, jeśli teatr działałby, jak fast foodowa restauracja. Na szczęście tak nie jest, a ja tego wcale nie pragnę. Wystarczy mi moja własna satysfakcja, że znam tu niemal każdy kąt, każdego aktora i wiem, jak upolować najlepsze miejsca. Sztuka wystawiana na dużej scenie to zawsze wielkie wydarzenie. Zupełnie, jak w domu, gdy ma przyjść wielu gości, wówczas otwiera się wielki pokój stołowy i tam ich zaprasza. To prawdziwe święto. Radość towarzysząca samemu przygotowywaniu się do wyjścia. No bo przecież trzeba się elegancko ubrać. Kocham się elegancko ubierać. Z nieco abstrakcyjnym i finezyjnym przekąsem. Raz większym, raz mniejszym. Tak, by zaznaczyć swoją indywidualność. A szczególnie wybierając się do teatru. I szczególnie na Dużą Scenę. To święto zaczyna się zatem już w momencie, gdy otwieram swoją szafę.

Idę z parkingu do tejże magicznej kamienicy, skąd odpłynę do innego wymiaru. Długa suknia, szpilki. Wyrazista pomadka i perfumy – te na najlepsze okazje. Ekstrawagancka kopertówka w dłoni, ciasno zawiązany z włosów kok. Czuję się świetnie. Czuję się piękna, pewna siebie, silna. Wchodzę z respektem. Tak, jak powinno się wchodzić do kościoła. Bo to jest mój prawdziwy kościół. Miejsce duchowego rozwoju, naładowania baterii. Zastanawiam się w locie, czy znów przyjdzie mi się wzruszyć, a wręcz rozbeczeć. Pocieszam się, że nawet jeśli – to dobrze. O to chodzi. Chwycę siebie wtedy mocno za ręce, ostrożnie wyciągnę chusteczkę, żeby czasem nie zaszeleścić niepotrzebnie, zatamuję płynący po policzkach potok i będę trwać dalej w tej cudownej podróży.

Stoję w foyer i przyglądam się przybyłym widzom. Każdy jest z kimś. W parze, w grupce. Z partnerem, partnerką, przyjaciółmi, rodzicami. Próbuję znaleźć drugiego takiego samotnego wilka, jak ja, ale jakoś nie widzę. Zastanawiam się, dlaczego ludzie boją się tu przychodzić sami. A może się nie boją? Nad tym też się zastanawiam.

W końcu rozbrzmiewa dzwonek i otwierają się wrota na widownię. Dziś będę siedzieć na balkonie. Miejsce trzynaste – idealnie pośrodku. Kupując jeden bilet do teatru można znaleźć najlepsze miejsce nawet na ostatnią chwilę. Zawsze zostanie jakieś nie do pary i nierzadko w centralnej części rzędu. To prawdziwy luksus. Naprawdę nie potrzebuję karty stałego klienta.

Siadam obok pary, a obok mnie przysiada się inna para. Oni mnie nie widzą. Jakbym była wolnym miejscem covidowym. Ale już nie ma miejsc covidowych. Czuję się z tym dość zabawnie.

Szybko wczuwam się w sztukę wszystkimi zmysłami. Tym razem nie płaczę, chociaż momentami się lekko wzruszam. Czasem się śmieję, innym razem dziwię, szokuję, przerażam i smucę. Zauważam analogię do pewnych zdarzeń w kraju i na świecie albo do historii ze swojego życia. Wtedy czuję na plecach ciarki. Moje wszystkie zmysły chłoną przekaz. Jestem tam na scenie razem z aktorami. Całkowicie. Czuję to, co oni. Nie ma mnie. Jestem niewidzialna. Jestem zatopiona w sztuce.

Owacje na stojąco. Nie mogło być inaczej. Wychodzę odmieniona. Lekka, szczęśliwa. Jeszcze piękniejsza i silniejsza. Wsiadam w samochód i z namaszczeniem prowadzę go po późnowieczornych, upalnych i skrzących od świateł ulicach miasta. To też część rytuału. Jakbym chciała wszystkim pokazać: „Ludzie, wracam z teatru. Z teatru!”. Spędziłam ten sobotni wieczór w teatrze. Bez alkoholu, hałasów, krzyków, chaosu, a mimo to równie, czy może bardziej wspaniale.

-No i o czym ta sztuka była, co?

-O Żydach ukrywanych przez Polaków w piwnicy w czasie wojny. I o Polakach, którzy wcale w tym wszystkim nie byli szlachetni. Zdradzili, okradli. A po latach tajemnice zaczęły wychodzić na jaw.

-Aha. Zjedz coś.

-Nie mogę jeść. Mam chory ząb. I tak zresztą nie jestem głodna.

-To może powinnaś jeść karmę dla kota? Taka płynna, papkowata – no w sam raz!

-A mała to pewnie już tęskni do ciebie, co? Już chyba za długo jest z ojcem, nie? Ona na pewno chce do mamy.

-Dlaczego miałaby? Jest z nim tyle samo, co ze mną.

-No nie wiem… Ona na pewno wolałaby być z mamą.

-Wiesz co, dobrze, że nie pojechałaś. Ten plan, który sobie wymyśliłaś… Te przesiadki… Tragedia! Za duże ryzyko!

-Moje całe życie to ryzyko. Ja już lepiej pojadę do siebie.

Wsiadam w samochód chcąc się, jak najszybciej przemieścić. Nie czuję już satysfakcji z prowadzenia. Nie zwracam na nic uwagi. Sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt? Nieważne. Mogę się rozwalić. I tak nikt nie zauważy. Jestem głupia. Jestem brzydka. Jestem słaba. Płaczę. I tak nikt nie zauważy. Bo mnie przecież nie widać.

Verified by MonsterInsights