Sztorm

Banalna historia

Dziś zakończyła się moja dwumiesięczna przygoda z zębami. Brzmi banalnie? Może i tak. Sama nawet dziarsko i zaczepnie wyzywałam wtedy los: „To jest zbyt banalne przecież. Nie nadawałoby się na powieść.”. Zawsze tak mówię, jak dzieje się coś zwykłego, przeciętnego. Złego. Jakbym tak naprawdę chciała powiedzieć: „No i co? Tylko na tyle cię stać?”. A co na to los tym razem? Zapraszam na fotel. Opowiem wam bajkę, jak kot palił fajkę…

Zbliżał się weekend czerwcowy. Wystarczyło wziąć dzień urlopu, by mieć cztery wolne. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz na północny trip. Oczywiście, że do Norwegii.

Postanowiłam zorganizować wszystko indywidualnie. W biurach podróży i tak ze świecą szukać jakichkolwiek wyjazdów do Skandynawii. W tych największych królują niemal wyłącznie ciepłe kraje i all inclusive. Usiadłam, pobuszowałam po popularnych portalach z noclegami oraz lotami. To nie było wcale trudne. Okazało się także, że i nie aż tak drogie. Początkowo zamierzałam spędzić ten czas w Larvik i Sandefjord, ponieważ to miejscowości oddalone najbliżej od lotnika Oslo Torp, dokąd i skąd miałam wygodne i tanie loty z Poznania. Ale prędko wyczytałam o Aurland, Flåm oraz Flåmsbanie. W związku z tym postanowiłam nie tracić tych paru dni na siedzenie w jednym miejscu, a wsiąść do pociągu i przemierzyć nim kawał kraju. Właściwie, wsiąść do kilku pociągów. Znając angielski oraz podstawy norweskiego naprawdę łatwo poradziłam sobie ze zorientowaniem się w norweskich kolejach oraz zakupem biletów. Rozpisałam sobie plan podróży wliczając w niego najdrobniejsze szczegóły, jak czas na jedzenie, czas przejścia z peronu do peronu. Uwzględniłam opcje alternatywne na wypadek różnych zdarzeń pogodowych albo opóźnień czy nawet strajków na kolei (akurat w tym czasie odbywały się tam strajki, co wyczytałam na norweskich portalach informacyjnych). Plan był doskonały.

Na krótko przed odlotem dumnie wybrałam się na zakupy do Decathlonu, gdzie zaopatrzyłam się w profesjonalny plecak górski oraz ubiór trekkingowy. Bo planowałam wleźć pieszo na Stegastein, gdzie znajduje się popularna i spektakularna platforma widokowa w Aurland. Boże, jakże miało być pięknie!

Cieszyłam się na ten wyjazd, jak dziecko. Kocham Skandynawię, a w szczególności Norwegię, lecz tylko raz w życiu tam byłam. Na wycieczce objazdowej z biura podróży, a zatem mniej przygody, a więcej ścigania się z grupką emerytów o zrobienie fajnego zdjęcia bez mistrzów drugoplanowych w tle. Nie, to nie tak, że źle wspominam tamten wyjazd. Absolutnie! Tylko wydawał się dla mnie mało ambitny. I najgorsze w nim było to, że był tylko jednym moim wyjazdem do Norwegii w życiu. To jest dla mnie tak bardzo absurdalne, że kochając ten kraj tak bardzo, byłam tam zaledwie raz. Ciągle było coś. Ślub, kredyt, urządzanie mieszkania, praca, dziecko, praca, rozwód, kolejne kredyty, urządzanie własnego mieszkania, pandemia… Nie było kiedy, nie było jak, nie było z kim albo nie było pieniędzy. A teraz nadszedł ten moment – ten idealny. Nadal nie było pieniędzy, nadal nie było z kim i nadal nie bardzo było, jak, bo czas w pracy nie sprzyja urlopom, bo sytuacja na świecie jest chaotyczna, ale ja się zmieniłam na tyle, że udało mi się to zaplanować pomimo tych wszystkich przeszkód naprawdę perfekcyjnie. I nawet miałam z kim jechać – ze samą sobą! Takie odkrycie.

Wszystko dopięte na ostatni guzik. Do wyjazdu zostały cztery dni. Cztery, cholerne dni. I stało się. Trzynastego czerwca obudził mnie o świcie ból zęba. Wydawało mi się, że to dolna szóstka, ale ból promieniował tak mocno, że już nie byłam pewna, czy to ten czy inny albo kilka na raz. Po omacku wyklikałam w aplikacji wizytę u stomatologa. Prywatna przychodnia, opłacana z firmowych benefitów. Dodam tylko, że wcześniej miałam wybrane inne ubezpieczenie zdrowotne, w innej klinice z niemal pełnym wachlarzem stomatologicznym, ale niedługo przed tym felernym dniem postanowiłam ją zamienić na inną, tańszą i z bardzo skromnym pakietem stomatologicznym. Tak po prostu, z oszczędności, bo myślałam, że mam wikińskie zęby – niezniszczalne.

Pojechałam na umówioną wizytę. Ledwie mogłam się tam zawieźć, bo ból nie dawał za wygraną. I tak – do czasu wizyty jeszcze w tym bólu pracowałam, no bo jakże to ja miałabym pracę olać? Na łożu śmierci przecież komputera bym nie wyłączyła, a co dopiero jakiś tam ból zęba…

W gabinecie przywitał mnie ze współczującym spojrzeniem bardzo sympatyczny pan doktor. Pierwsze spojrzenie i zapaliła mi się ta znana poświata. Jego oczy zabłysły znajomo. Całe moje ciało i dusza zareagowały. Myślę, że to nie było pierwsze nasze spotkanie. W tym życiu oczywiście pierwsze, ale…

Wyrok zapadł szybko – leczenie kanałowe. To była dolna szóstka i tylko ona. Ale nie tylko ona była w złym stanie. Moje wikińskie zęby jednak nie były wikińskie. Szóstka kanałowo, a oprócz niej kilka z ubytkami do wypełnienia. Oraz moje ostatnie, dwie ósemki do ekstrakcji. Jedna była już spróchniała, a druga na wszelki wypadek. I tak się o nią nie prosiłam. Nie należę przecież do mądrych.

Tak właśnie rozpoczęła się seria moich wizyt. Stan zapalny przy szóstce sprawił, że końska dawka znieczulenia nie była w stanie mnie w pełni znieczulić. Sporą część bolesnej procedury rozwiercenia oraz usunięcia miazgi przechodziłam niemal na żywca. I tutaj się okazało, że przynajmniej moja odporność na ból rzeczywiście jest wikińska. Pan doktor był pod wrażeniem, że tyle wytrzymałam i nie drgnęłam na fotelu. Ja po prostu wiedziałam, że nie mam innego wyjścia, więc powiedziałam sobie, że muszę to znieść. Psychika jest chyba najlepszym znieczuleniem.

Czas mijał od wizyty do wizyty. Pusta, rozwiercona i zatruta szóstka czekała na absolutne uspokojenie, a w międzyczasie uzupełniały się kolejne ubytki. Potem przyszła kolej na ósemki. Najpierw jedna, potem druga. Wszystko w odpowiednim odstępie czasowym. Wyjazd już dawno przeszedł do historii. Na ostatnią chwilę odwoływałam i zwracałam wszystko, co mogłam. Część pieniędzy przepadła, część udało się odzyskać. Naiwnie liczyłam na to, że jedna wizyta, może dwie, doprowadzą mnie do pełnej formy i będę mogła jechać. Niestety się przeliczyłam. Osłabienie, ból, dyskomfort przy jedzeniu. Nie czułam żadnej mocy do tego, by jechać gdziekolwiek. Zresztą, finanse na to przeznaczone teraz musiały pójść na leczenie, bo nic z tych zabiegów nie wchodziło w zakres mojego pakietu.

Nie wszystko jednak było takie złe. Sympatyczny pan doktor sprawiał, że wizyty, nawet w największym bólu, były bardzo znośne. A ja tak patrzyłam w te jego oczy i patrzyłam… Za każdym razem już od progu czułam bardzo pozytywne wibracje. Czas mijał niezauważalnie. Wychodziłam z gabinetu, jak na skrzydłach. Tak, tak – stało się. Zauroczyłam się. Mocno. Zresztą u mnie nie ma półśrodków. Jeśli ktoś mi wpadnie w oko, to jest moc!

Jak na złość, byłam wcześniej wyjątkowo sceptycznie nastawiona do lekarzy. Niemal wszyscy, z którymi miałam wcześniej do czynienia sprawiali wrażenie, że są bogami patrząc na mnie z góry. Odpychało mnie to potwornie i niestety wybudowało we mnie uprzedzenie do całej tej grupy ludzi. Nie mniej sceptycznie podeszłam do mojego pana dentysty. Ale ta jego niezwykle pozytywna energia mnie odczarowała.

Byłam wściekła i smutna, że mój wymarzony, idealny wyjazd zamienił się w leczenie zębów. Nie mogłam mieć jednak do nikogo pretensji prócz siebie, gdyż po prostu nie chodziłam na kontrole.

I tak, minęły dziś dwa miesiące, moja szóstka została wypełniona i zamknięta. Jest jak nowa. Silna i piękna. Rany po ósemkach wygojone. Wypełnienia w pozostałych zębach trzymają się pewnie. Leczenie dobiegło szczęśliwego końca. A ja jestem smutna. Naprawdę smutna.

Wyjazd przepadł i nie mam już możliwości odtworzenia go. Chociażby ze względu na urlop, który może będę mogła dostać w drugiej połowie września. A wtedy w Norwegii będzie już całkiem zimno, wietrznie i niepewnie z pogodą w ogólności. Nie mam też kasy, bo musiała pójść na leczenie. Nie wspomnę o inflacji oraz stopach procentowych, które zamieniły moje ratki w giga racuchy. Boję się ryzykować, choć ambicja kusi. Rozsądek podpowiada, że czasy coraz cięższe i żeby sobie darować wszelkie wyjazdy tak, czy siak. Ale… ale tak naprawdę to ja i tak już zapomniałam o tej Norwegii. Smucę się, bo nie zobaczę mojego dentysty wcześniej, jak za pół roku na kontroli. Zakładając, że nic się w międzyczasie nie stanie nagłego, no ale póki co tak właśnie wygląda sytuacja. Mam pomieszane te smutki. To jest taka ich kumulacja. Ciężko mi z tym i nie rozumiem, czego los chciał mnie nauczyć tym razem.

Albo wcale nie chciał nauczyć tylko dać nauczkę za moje kpiące komentarze…

Powinnam się cieszyć, bo mam wyleczone zęby, lecz ja widzę to tak: jestem bez kasy, Norwegii nie zobaczyłam, zmagałam się przez całe lato z bólem i dyskomfortem, a na domiar złego zauroczyłam się panem doktorem, którego już na długo nie zobaczę albo i nawet już nigdy w życiu. Bo przecież to tak się nie dzieje, żeby takie zauroczenie miało być ze wzajemnością. Przynajmniej w mojej bajce takie historie się po prostu nie wydarzają. Chyba, że kiedyś w jakiejś powieści? O losie!

W mojej bajce jest tylko ciężka praca. Jak w banku.

Muszę przysiąść do powieści. To najlepszy sposób na wykreowanie sobie takiej rzeczywistości, jaką się chce.

Verified by MonsterInsights