Na pełnym morzu

Wiem, co zatruło Odrę!

Toksyczni ludzie. Uwielbiam to pojęcie. Niedawno pisałam o swojej własnej porannej toksyczności, ale ten temat jest tak fascynujący, że dziś znów muszę. I obiecuję już się zamknąć. Chyba, że zmienię zdanie. To będzie bardzo toksyczny wpis. Polecam założyć maseczki. Szczególnie, że dawno się z nimi nie widzieliśmy. Niech nie pójdą w zapomnienie!

Nie rozumiem. Nie rozumiem tej wszechobecnej mody na robienie z siebie samozwańczych psychologów po przeczytaniu paru internetowych artykułów z chwytliwymi tytułami, z których praktycznie, co drugi prawi o toksycznych ludziach. Jak ich rozpoznać, czym się charakteryzują, o czym myślą i jak dużą krzywdę ci zrobią. Czytamy, gęsia skórka pojawia się na całym ciele. A potem siadamy i myślimy. Ciężko i gęsto. Myślimy i nagle bum! Mamy w naszym otoczeniu toksyka! Ba, nie jednego! Nasi rodzice byli i są toksyczni, nasz były/była to toksyk aż do szpiku kości, osoba, która dała nam kosza – perfidny toksyk. Szef, bo każe nam wykonywać swoją pracę – oczywiście, że toksyk pławiący się w mikromenedżmencie! Roszczeniowa i chytra „baba z Radomia”, którą znajdziemy wśród sąsiadów, znajomych albo przypadkiem na ulicy – to oczywiście toksyna, niczym pan Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Widzimy ich wszędzie. Istna plaga. Najazd UFO albo krwiożerczych bestii, które tylko czyhają by się nami pożywić. Jesteśmy negatywnie nastawieni do ludzi. Każdą nową osobę próbujemy prześwietlić, ale głównie pod kątem zawartości toksyn w toksynie. Czyli szukamy wad, rejestrujemy potknięcia, niemiłe zachowania, przykre słowa. Na tej podstawie zapada wyrok – toksyna. Skreślamy i uciekamy, jak od trędowatej.

Sama też się na tym złapałam i o mało nie wystawiłabym sobie dyplomu magistra psychologii.

I orderu z ziemniaka.

Teraz, jakoś tak ostatnio szczególnie szybko się zestarzałam i odkryłam Amerykę numer czterysta cztery, która brzmi – nie ma toksycznych osób! Są jedynie toksyczne zachowania. Bum!

Komu z nas nie zdarzyło się wyjść z równowagi? Komu nie puściły nerwy? Kto się nigdy w nic nie zaangażował emocjonalnie? Komu nigdy na niczym lub na kimś nie zależało? Chyba nie ma takich osób na tym świecie. A co się dzieje pod wpływem emocji? Wszystko. Toksyny też.

Uważam zatem, że toksyczne zachowania zdarzają się każdemu z nas i to nawet każdego dnia. Nie znam nikogo, kto byłby taką oazą opanowania, spokoju, że zawsze zachowałby się idealnie. To znaczy zgodnie z wszelkimi zasadami, morałami, kulturą, empatią. A im większe emocje, im większe wydarzenia wchodzą na ring, tym większa szansa wyemitować z siebie trującą substancję.

Przykład z życia własnego – szykowanie jedzenia dla dziecka niejadka. Taka sytuacja – latam po kuchni na miotle, wywijam się, jak paragraf, tańczę z talerzami i żongluję widelcami. Wszystko po to, by wyczarować posiłek, który będzie zdrowy i pożywny, pięknie podany, a przede wszystkim – który to dziecko zje. Wybijam się do poziomu MasterChefa, by przygotować obiad sześciolatce. W końcu mam to! Cytując Magdę Gessler – „No cóż. Niebanalne, twórcze, kreatywne, artystyczne, uduchowione”. Podaję z drżącymi dłońmi. Napięcie narasta. Zaciskam mentalne kciuki. I nagle, nim talerz na dobre spoczął przed obliczem jaśnie dziecka, zapadł wyrok – „Ble, nie będę tego jadła.”. Oczywiście, że bez spróbowania. I w tym momencie wchodzi na scenę moja toksyczna ciemna strona. Mówię coś w tym stylu – „Ja się tak napracowałam, postarałam, mogłabyś chociaż spróbować, bo będzie mi przykro…”. W akompaniamencie niemal płaczący ton głosu oraz usta w podkówkę. Soczysta manipulacja emocjonalna, level prawie hard. Mija ileś sekund, może minut. Zdaję sobie sprawę, że to manipulacja. Mijają kolejne sekundy, może minuty. Zdaję sobie sprawę, że tak samo traktowała mnie moja matka czy babcia. Mam wyrzuty i zaczynam jakoś to odkręcać. Zmieniam ton na spokojny i łagodny, wręcz luzacki. Mówię, że nie jestem zachwycona, ale szanuję i nie zmuszam – „Jak będziesz chciała spróbować, to talerz tu jest i zostanie jeszcze przez jakiś czas. Jak w ogóle nie jesteś głodna, to też ok”. Często jeszcze dorzucam żarcik i atmosfera się regeneruje.

Byłam toksyczna? Oczywiście, że tak. Była to wina moich rodziców, dziadków? Najprawdopodobniej. Czy jestem zatem do szpiku kości toksyczna, bo w tej jednej chwili przelało mi się trochę nerwów? To, że mi się przelało, to jest normalne czy nie? Na pewno moje zachowanie w tej jednej chwili było toksyczne. Kluczowe natomiast było to, co ja z tym zrobiłam.

I to uważam za sedno sprawy. Można zachować się toksycznie, a nawet to się dzieje samo, mimochodem, gdy ciśnienie podrośnie. Możliwe, że częściej, jeśli i nas tak traktowano przez jakiś dłuższy czas. Wtedy być może mamy do takich zachowań tendencje. Być może. Nie znam się na psychologii, tylko luźno obserwuję. Ważne natomiast według mnie jest to, co zrobimy z tą naszą wydzieliną. Jeśli nie posprzątamy, jeśli nawet nie wysilimy się na tyle, by zauważyć ten syf i przez to popełnimy go ponownie, to wtedy jest problem. Krzywda, którą czynimy komuś, ale chyba bardziej sobie. Bo się nie rozwijamy nie poprawiając swoich błędów. A z kolei, by zauważyć, warto wczuć się w rolę drugiej osoby. Potrenować empatię. To chyba najlepsze antidotum na wszelkie toksyny.

I tak właśnie uważam – że nie ma toksycznych ludzi. Każdy z nas nie jest wszystek zły czy wszystek dobry. Są toksyczne zachowania, które są niczym innym tylko złymi zachowaniami, ale skrytymi pod tym modnym pojęciem. Doszukamy się ich zarówno w sobie, jak u innych. Ale nie róbmy tego. Nie szukajmy tego, co złe, bo to nam szkodzi. Negatywne nastawienie daje negatywne efekty. Taka oczywista oczywistość. A toksyczne artykuły są toksyczne. Tak, jak i ten.

Verified by MonsterInsights