Sztorm

Złota klatka

Nie wiem, czy nadal chcę się zajmować tym, czym się zajmuję. Ostatnie wydarzenia, które doprowadziły mnie do ściany o i mało do psychiatryka, spowodowały, że brzydzę się już swoim zawodem.

Ta praca zamienia nas w maszyny. Bez uczuć, potrzeb, bez życia. Zmusza do nieustannego bycia na najwyższych obrotach. Abstrakcyjne myślenie pod presją czasu oraz w stresie niszczy psychikę. Doprowadza do obsesji, depresji, nerwicy. Ochładza emocjonalnie. Stępia interakcje z innymi ludźmi. Stajemy się zaszczutymi, wyleniałymi szczurami w piwnicy. Złotej piwnicy. Złotej klatce.

Nie potrafimy rozmawiać z ludźmi, boimy się okazywać uczucia i czuć te wyższe. Boimy się ich, bo wiemy, że one będą nas z tej piwnicy wyciągać. Czujemy wyrzut sumienia, gdy skończymy pracę wcześniej, by zająć się życiem rodzinnym. Nie nazwę normalnym tego, co wydarzyło się ze mną w tym tygodniu. Chore dziecko, praca zdalna. Praca, która nie pozwala odejść od komputera, a obok leży dziecko w gorączce. Zatracam się i nie pamiętam, kiedy ostatnio coś jadła. Nie wiem, jak ona się czuje, ale tylko widzę, że jest słaba i się męczy. Nie wiem, co robić. Mam te cholerne wątpliwości i wyrzuty. Rozdzieram się wewnętrznie i krwawię. Nie chcę odejść od pracy i jednocześnie serce mi pęka widząc obok moje chore dziecko. W końcu przestaję myśleć. Jedna prosta rzecz zabiera mi mnóstwo czasu. Nie jestem w stanie się skupić. Działam w zwolnionym tempie. Płaczę z bezsilności. W końcu decyduję się skończyć już o szesnastej trzydzieści. Już?!

Kolejnego dnia z dzieckiem jest gorzej. Udaję się do lekarza i proszę w myślach, aby dostać L4, ale jednocześnie zżera mnie poczucie winy. Myśli zbierają się, jak czarne chmury i krzyczą: „przecież możesz pracować!”, „i co teraz im powiesz?”, „widać, że cwaniakujesz, wszyscy to zobaczą, znienawidzą cię, uznają za fałszywą sukę!”. Dostaję zwolnienie i padam. Dosłownie tracę przytomność. Jest rano, a ja zasypiam na kanapie na kilka godzin. Budzę się nieprzytomnie i zastanawiam się, czy umarłam czy może zmartwychwstałam. Dziecko bawiło się samo gdzieś obok. Niczego nie słyszałam.

Cały dzień chodzę, jak w amoku. Zajmuję się małą, ale jakby przez szybę. Duchem jestem nie całkiem obecna. Nie wiem kim jestem ani co się stało. Jedno wiem tylko – czuję wyrzuty sumienia, bo przecież mogłabym pracować.

Nie chcę pracy, która doprowadza mnie do takiego stanu!

Brzydzę się taką pracą! Rzygam na to!

A przecież tak bardzo to kochałam…

Nie mam szczęścia w miłości w tym życiu. Ktokolwiek lub cokolwiek, co pokocham prędzej czy później mnie krzywdzi, niszczy, wbija nóż w serce i doprowadza do szaleństwa.

Największym złem tego świata jest miłość.

Verified by MonsterInsights