Góra lodowa, a więc cała naprzód!
Jestem w międzywymiarze. Miejscu totalnie wyjałowionym. Nie czuję już nic. Wszystko mi zobojętniało i wyblakło. Nie widzę swojej przyszłości inaczej niż tylko praca i obowiązki. Sferę uczuć pogrzebałam na dobre i chyba kończę tę żałosną po niej żałobę. Jestem bardziej niż pewna, że w tej materii wszystko, co miało się wydarzyć już się wydarzyło. Nie czeka nic i nikt.
Widzę siebie tylko w pracy. Stałam się pracą, a ona mną. Gdy jestem chora – pracuję. Gdy jestem zmęczona – też pracuję. Gdy muszę albo i nie muszę – pracuję. Pracuję i nic nie czuję. Widzę tylko jakiś poziom abstrakcji.
Kreatywność? Wymyślanie jakichś bzdurnych historii? Nie jestem dość dobra w tej dziedzinie. Te moje pomysły, które kiedykolwiek miałam – wydają mi się teraz idiotyczne i chore. Ja naprawdę byłam wariatką. Skazałam się tylko na pośmiewisko. A potem się bulwersowałam, gdy zostałam potraktowana, jak gumowa lalka przez mężczyzn, do których naiwnie przyszłam z sercem na dłoni. To nie mogło wydawać się poważne ani odrobinkę.
Nie jestem już kobietą. Nie czuję się w ten sposób. Nie czuję żebym miała jakąkolwiek płeć. Jestem tylko pracą. Maszyną jakąś.
Straciłam swoją wiarę w niemożliwe. W to, że historie z książek i filmów mogą się wydarzyć naprawdę. Nie wierzę już w nic. Nie mam sił, nie mam motywacji, by jakkolwiek działać z fantazją. Oryginalność i samodzielność prowadzą wyłącznie do cierpienia. Maszerowanie pod prąd boli, ale ten brak wiary wkurwia mnie na tyle, że nie zamierzam zawracać i zachowywać się jak tłum. Tym bardziej będę szła, choćbym miała zostać do reszty zadeptana.
Zrobiłam sobie szybki test z norweskiego. Uzbierałam 18/30 punktów chociaż na kurs chodziłam przed niecałe dwa semestry jakieś siedem lat temu. Chciałabym wznowić naukę.