Półurodziny
Aktywuję mój tryb zodiakary. Dziś jest dwudziesty siódmy października, a więc równe pół roku od moich urodzin i równe pół roku do kolejnych. Dodajmy do tego fakt, że mamy właśnie czas skorpiona, a mój ascendent leży właśnie w skorpionie i dokładnie naprzeciwko mojego znaku słonecznego. Co to oznacza? Półurodziny!
Pomimo zaćmienia słońca, nowiu w skorpionie oraz innych znaków na ziemi i niebie świadczących o tym, że oto mamy czas trudnej, emocjonalnej energii, ja wbrew pozorom czuję się naprawdę dobrze. Myślę, że to za sprawą mojego ascendentu. To ważny aspekt naszej osobowości, tak jak i nasz znak księżycowy, ale niestety jest pomijany. Znak słoneczny, czyli ten zwany znakiem zodiaku, to zaledwie jakiś ułamek naszej osobowości. Ważny, niemały, ale jednak to nie wszystko. Ascendent jest uzupełnieniem charakteru, można by rzec naszą drugą twarzą, a księżyc reprezentuje naszą emocjonalność. W skrócie zatem o mnie – jestem uparta, jak na byka przystało, kąśliwa i emocjonalna w stresie, jak na skorpiona przystało oraz wrażliwa i biorąca wszystko do siebie, jak na pannę przystało. Ta mieszanka jest wprost idealna! Dziękuję sobie, że zdecydowałam się urodzić dokładnie w takim momencie.
Będąc tak dokładnie w połowie drogi do trzydziestych piątych urodzin zdałam sobie sprawę, że jestem już za stara na okres. Bo właśnie dziś mam nieprzyjemność go doświadczać. Gdy się zaczęło, ten brzuch znów spinał się, jak na siłowni, te mdłości znów odebrały apetyt, połowa głowy zaczęła pulsować i jedno oko łzawić, a w jelitach rozpoczęły się marsze żołnierzy ołowianych, to pomyślałam sobie: „Już mi się nie chce… Jestem na to za stara. Nie powinnam mieć już czynnej macicy. W Średniowieczu kobiety w moim wieku raczej się szykowały do trumny niż radzenia sobie z okresem”. No i tak powinno być. Serio czuję się za stara na te tematy. Dość okresów w swoim życiu przetrwałam i niemal zawsze wycinały mnie one z egzystencji. Po ciąży to się nie zmieniło.
Nie będę więcej pisać o okresie w moje półurodziny!
Przypomniałam sobie, że w jednym z wcześniejszych wpisów wspominałam coś o moim księżycu, którym włada skorpion. Nie no, to pomyłka. Skorpion jest w ascendencie, a księżycem włada u mnie panna. Musiałam się pomylić. To dopiero początek nabywania wiedzy z zakresu astrologii. Niesamowicie mnie to ciekawi i coś czuję, że stanie się moją nową, poważniejszą zajawką. Chcę się coraz więcej uczyć!
Tak jak budzę w sobie zardzewiałe pokłady norweskiego na wznowionym kursie.
Swoją drogą, to takie ciekawe uczucie. Poznając dany język po raz pierwszy jest jakoś nieswojo. Kiedy ma się coś powiedzieć, to wrażenie jest niezbyt komfortowe. Jednak z czasem człowiek się oswaja, osłuchuje, a mowa staje coraz bardziej naturalna. To jest naprawdę piękne! Szczególnie na początku nauki jest jeszcze taka wewnętrzna radocha, gdy się rozumie. Świadomość, że słyszę obcy język albo czytam tekst w tym języku i wiem dokładnie o, co chodzi, sprawia, że w myślach rodzi się taka euforia „jeju, ja to rozumiem!”. Często mam tak, że na tyle skupiam się na tej euforii, iż potrafię się zdekoncentrować i oderwać od lekcji. Po prostu cieszę się w środku i odcinam na chwilę. Ciekawe to zjawisko i zastanawia mnie, czy tylko ja tak mam.
Zmierzając do rzeczy i sedna wpisu. Zaraz, o czym miał on być?
No to wszystkiego najlepszego dla mnie!