Na pełnym morzu

Nieoczywiste zestawienia

Jednak nie zniknął. Miał w sobie dużą moc. Zaskakująco dobrze został napisany. Takich tekstów się nie usuwa. Zresztą, rzeknę z pełną, totalnie niskowibracyjną pychą – bardzo nie lubię usuwać swoich tekstów i bardzo rzadko to robię. Jeśli jednak tak się stanie, to zwykle z dwóch powodów. Najczęstszy to błędy – gramatyczne, merytoryczne, składniowe – wszystkie technikalia. Aczkolwiek wówczas tekst nie ginie, a zostaje poprawiony. Drugi powód – szczególnie i wybitnie rzadki – gdy zacznę żałować, że coś napisałam. A rzadko żałuję. W zasadzie nie pamiętam kiedy żałowałam. Raz zostałam do tego zmuszona, co było jawnym gwałtem. Z tego powodu tym bardziej nie zamierzam nigdy żałować.

Żałuję za to tego do dziś, że pozwoliłam na zmianę pierwszych zdań w „Panu idealnym”. Że się o to nie wykłóciłam. Oryginalny początek miał jaja. Natomiast po redakcji został bezpłciowy. Dlatego „Ja, wariatka” jest moja i tylko moja. Każda kolejna powieść będzie publikowana w ten sam sposób – samodzielnie. Robię to dla siebie, więc będzie po mojemu.

Nie rozumiem, dlaczego zawsze wokół twórców muszą znaleźć się jacyś pośrednicy, którzy pozwalają uwierzyć, że bez nich nic się nie uda. Dzieło nie wyjdzie na światło dzienne. I często faktycznie tak jest, bo tak sobie pod siebie skonstruowali rynek. Dlaczego to oni decydują, czy coś zostanie wydane, czy nie oraz w jaki sposób? Dlaczego wpływają na ostateczny kształt dzieła? A dlaczego zapominają o wynagrodzeniu? Twórca jest na samym końcu łańcucha pokarmowego. Jest taką myszą, której może się uda skubnąć jakieś ziarenko, jeśli zdąży je chwycić przed byciem pożartą.

Dlaczego ten styczeń trwa już drugi miesiąc?

Resztki jarmarku bożonarodzeniowego. Ciągle jeszcze żywe i oświetlone. A wśród drewnianych budek rozbrzmiewa żwawa melodia z tekstem „When I met you in the summer”. Piękne. Uwielbiam takie nieoczywiste zestawienia.

W pewnych obszarach. A w innych wcale.

W wyniku tymczasowo permanentnego stresu trwającego od piątku po południu do dziś, mniej więcej do godziny szesnastej, postanowiłam przeprowadzić szalony eksperyment. Odbył się on w niedzielę. Eksperyment, a właściwie obserwacja, dotyczyła ukształtowania żeńskich form ludzkich w wirtualnym wymiarze społecznościowo-randkowym, zwanym komercyjnie Tinderem.

Moje wnioski z przeprowadzonej obserwacji są następujące:

  1. Kobiety mają piękne, świetnej jakości, profesjonalnie zrobione zdjęcia.
  2. Mają opisy.
  3. Są mądre, silne i niezależne. Aż nazbyt wg mojej subiektywnej opinii. Starają się jakby wypaść w męskiej energii. To może wcale nie być czynnik sprzyjający, mimo ich przekonania, które aż bije z profilu, że nim jest.
  4. Kobiety otwarcie przyznają się do posiadania potomstwa. Spostrzegłam sporo takich. Zdecydowanie więcej niż wśród populacji męskiej w podobnym przedziale wiekowym. Zadałam sobie zatem pytanie – któż zatem tym kobietom te dzieci zrobił? Dużo młodsi panowie czy dużo starsi? To jeszcze pozostało do dalszego zweryfikowania.
  5. Jest duża grupa kobiet, które wyglądają, jakby były siostrami bliźniaczkami. Podobieństwo jest szczególnie widoczne na ustach, rzęsach, kolorze włosów, a także w nieco niżej umiejscowionych partiach ciała.
  6. Trudno otrzymać polubienia od kobiety, jeśli jest się profilem mężczyzny bez zdjęcia i opisu. Gdzieś jakieś 100 razy trudniej niż w odwrotnej sytuacji. Profil kobiety bez zdjęcia i opisu otrzymuje ze 100 polubień niemal w pierwszej minucie. A mężczyzna bez zdjęcia musi na jednego lajka zaczekać minimum godzinę.

Po przeprowadzonej obserwacji, która trwała około półtorej godziny, profil testowy został usunięty. W wyniku testów nie ucierpiała żadna kobieta ani żaden mężczyzna.

Podsumowując – Tinder to miejsce, jak każde inne. Jak kolejka w mięsnym.

Jak to leciało? I can buy myself flowers?

Idę zatem do kwiaciarni.

Verified by MonsterInsights