Lego
Świat z klocków Lego. To z lekka sparafrazowane słowa pana Krzysztofa Jackowskiego, którego niedawna audycja dała mi dużo do myślenia. I zainspirowała. Jak zresztą niejedna. Swoją drogą mam pewien rytuał związany z oglądaniem audycji pana Krzysztofa, ale o tym może innym razem. Mam wiele takich osobliwości i przybywa ich zarówno z wiekiem, jak i z moim starorozwódkowym stanem.
Pan Jackowski powiedział, że wszystko na tym świecie składa się z atomów, a jeden atom to nic innego, jak taki klocek Lego. Nasze ziemskie wcielenie jest pewną iluzją. Jakimś światem alternatywnym, do którego przychodzimy, by odbyć pewne lekcje i doświadczać. Miejsce naszej duszy jest zupełnie gdzieś indziej, a tutaj w tej chwili działa tylko jakaś jej cząstka. To tak, jakby dziecko bawiło się tymi klockami. Zazwyczaj wybiera ono sobie ludzika, który jest jego awatarem – wcieleniem i tenże ludzik kierowany rękoma dziecka odgrywa określoną rolę w zbudowanym z tych samych klocków światku. To dziecko wie, co się wydarzy i wie po co to ma się wydarzyć. Wie to doskonale. Być może w ostatniej chwili zmieni jakąś decyzję, ale ogólny plan zabawy zostanie zrealizowany. Im więcej się wydarzy, tym bardziej dziecko będzie usatysfakcjonowane z zabawy. I nie będzie się zawsze działo wyłącznie dobrze ani wyłącznie źle. Dziecko tak będzie sterować losami tego ludzika, aby popróbować różnych rzeczy. Aby je poczuć, poznać, doświadczyć, nauczyć się czegoś. To jest niezwykle trafna analogia życia na Ziemi oraz naszej prawdziwej tożsamości. I tak, przyszłość w większym lub mniejszym stopniu da się odczytać, ponieważ ona jest w dużej mierze lub całkowicie naszą teraźniejszością.
Lecz może czasami lepiej nie wiedzieć i po prostu płynąć. Najlepiej, jak potrafimy. Żyć tu i teraz, bo i tak teraz to jutro, a jutro jest teraz.
Tu i teraz ukwiecam swój apartament. Dałam się porwać nurtowi rośliniarów i roślinoholików. Ciągle się zastanawiam, gdzie umieszczę kolejną doniczkę. Robię codzienny obchód i pytam się każdego z moich zielonych domowników, co u niego słychać. Na widok nowego liścia mam ochotę otwierać szampana. A najciekawsze jest zjawisko, że najlepiej rośnie to, z czym nie wiązałam wielkich nadziei albo się niewiele przejmowałam dalszym losem owego stwora. Sadzonki kupione za grosze z dyskontów bądź takie, którym nie dawałam długiego życia z różnych względów.
Czyż nie tak jest w życiu? Im mniej się przejmujesz, im bardziej dajesz się porwać, tym lepiej wychodzi?
Przestałam się od dłuższego już czasu przejmować swoim wyglądem. To nie tak, że nie chcę o siebie dbać – wręcz przeciwnie! To też nie tak, że zadowala mnie byle co – absolutnie nie. Nadal, a może bardziej uwielbiam poszukiwać i zestawiać ze sobą ubrania w oryginalny, kolorowy i nietypowy sposób. Fascynują mnie nietuzinkowe dodatki i akcenty. Ale w ogóle nie porywa mnie chodzenie, co miesiąc lub częściej do fryzjera czy kosmetyczki. I tego nie robię. Nie zależy mi na sztucznych paznokciach, chociaż są piękne i trwałe. Nie dbam o to by mieć doczepiane rzęsy, włosy czy cokolwiek innego, chociaż efekt potrafi zahipnotyzować. Powiedziałam też „nie” farbowaniu włosów, chociaż piękny, chłodny blond jest piękny i kropka. Ale ja po prostu nie chcę być tym wszystkim zniewolona i przez to ograniczana. Jak raz się zrobi paznokcie, to trzeba chodzić co i rusz, by je utrzymać. Jak raz się rozjaśni czy pokoloruje włosy, to trzeba regularnie odwiedzać fryzjera, gdyż odrost przypomina pasmo przetłuszczonych nieszczęść, co potrafi często wyglądać paskudnie. Ja tak nie chcę. Nie chcę być niewolnikiem salonów. Nie chcę tracić na to czasu ani pieniędzy. Nie chcę krążyć w kołowrotku.
Fryzjerka zaproponowała mi ostatnio ostro ściętą i ostro rudą fryzurę. Zgodziłabym się na to, gdyby mi to zaproponowała na pierwszej wizycie, kiedy przyszłam z chęcią poszukania odmiany. Ale ona się wtedy bała, a ja w międzyczasie doszłam do wniosku, że nie chcę się męczyć. A taka fryzura jest męcząca. Wymaga regularnego i częstego odświeżania, codziennego układania oraz odpowiedniego makijażu. I wszystko tylko po to, abym się nie denerwowała przed lustrem. Mając włosy naturalne, od czasu do czasu bez konieczności podcinane, również nie będę się denerwowała. I to tak po prostu. Bez niczego więcej. Bez farbowania, układania, malowania się i ubierania.
I tak oto właśnie kończy się moja droga poszukiwania idealnej metamorfozy. Stawiam na naturalność. Wracam do siebie.
To śmieszny żarcik losu. Gdy byłam przed trzydziestką rzekłam, iż będę się farbować dopiero wówczas, gdy zacznę siwieć. Niedługo po tych słowach weszłam na drogę nordyckiego blondu i tym samym moje włosy były pod farbą przez kilka lat. A teraz, gdy wkrótce skończę trzydzieści pięć lat (czekam z niecierpliwością na sezon byka, jej!) i już naprawdę zaczynam siwieć, to nie chcę dotykać żadnej farby. Siwizna zapewnia mi całkiem naturalny i chłodny baleyage. Lepiej niż bym sobie tego życzyła.
Jestem głodna. Idę coś zjeść. Uwielbiam jeść po dwudziestej drugiej i przestałam się tym faktem przejmować.