Na pełnym morzu

Misja

Od czasu do czasu uświadamiam sobie, jak bardzo żyję w odcięciu i jak bardzo dobrze się z tym czuję. Zupełnie, jakby samotność była moim powołaniem i przeznaczeniem. To może lekki paradoks, ponieważ z jednej strony ciągle – chociaż usilnie staram się to wyrugować, ale niestety ciągle mam z tyłu głowy tę nadzieję na spotkanie prawdziwej miłości życia, a z drugiej strony najlepiej czuję się sama ze sobą.

Jeśli mam wybrać – wieczór ze znajomymi czy samotnie przed Netflixem, to bez wahania wybieram Netflixa. Niewyobrażalnie mocno cenię sobie takie spokojne, samotne wieczory. One są, jak święto. Wtedy naprawdę czuję, że żyję. Do wychodzenia między ludzi muszę się zmuszać, lecz po takich eskapadach wracam wyczerpana emocjonalnie. Pół biedy, jeśli idę sama np. do teatru – są tam ludzie, ale obcy, z którymi nie rozmawiam. Gorzej, jak się wykopię rano z łóżka, by pojechać do biura. Pół biedy, jeśli przebywa tam „standardowe” pięć osób. Gorzej, jak się zejdą jakieś zespoły i tłumy, których nie znam. Stresuję się wtedy wszystkim. Nawet tym, kiedy i jak zjem obiad, bo kuchnia będzie pełna ludzi i nie daj Boże trzeba się będzie do kogoś dosiąść lub ktoś dosiądzie się do mnie. Sama nie wiem, która opcja gorsza.

Kolejnym paradoksem jest ten blog. Piszę go, ale nie zabiegam o czytelników. Jestem ciekawa, czy ktoś to czyta, ale przecież w gruncie rzeczy mnie to nie obchodzi, bo robię to dla siebie. Czasami myślę, że jestem zbyt samowystarczalna. I nie wiem, czy to przez mój charakter, wychowanie, czy los, który mnie do tego zmusił.

Wściekam się wewnętrznie, jeśli ktoś chce mi z czymś pomóc, tak sam z siebie. Natychmiast wówczas odrzucam jego zapędy, choćbym miała zginąć marnie. Nienawidzę, gdy ktoś mi pomaga, zwłaszcza sam z siebie, ale jednocześnie czasami cholernie mocno tej pomocy pragnę. I pragnę dokładnie tego, by ktoś się domyślił i sam z siebie wyszedł z inicjatywą. Szkopuł w tym, że wtedy, kiedy ja tak skrycie tego pragnę, to nikt się nie domyśla. A wtedy, gdy tego sobie nie życzę, to zwykle zjawia się ktoś i wtedy mam ochotę go udusić, bo dla mnie jest już za późno. I mam ochotę go udusić podwójnie – że za długo myślał i nie domyślił się na czas oraz że śmiał tak po czasie z tym wyskoczyć. Jak minie ten mój magiczny czas, który czasami jest cholernie długi, bo potrafię być długo cierpliwa, to nie ma już do mnie żadnego powrotu ani dostępu.

Myślę, że samotność jest mi przeznaczona i myślę też, że mam do tego talent oraz predyspozycje. Dlatego tym lepiej będzie zarówno dla mnie, jak i innych, by ten stan się u mnie już nigdy nie zmienił. A ta nadzieja? Ta nadzieja jest po to, aby pisać. Moje bohaterki i bohaterowie z niej chętnie skorzystają. A wiem, że powinnam pisać, i chcę pisać, i wiem też że samotność jest do tego świetnym paliwem. I tak już nawet nie wyobrażam sobie wokół siebie nikogo. Zbudowałam sobie swój wyimaginowany świat, w którym jest mi najlepiej. Nie uważam, by był gorszy od tego niby prawdziwego, bo nic już nie jest prawdziwe. Tak, jak ja mam swój prywatny, wyimaginowany świat, tak samo wszystko wokół jest jedną, wielką iluzją i zbiorem awatarów. Nie widzę prawdziwym ludzi, prawdziwych relacji, prawdziwych związków.

Wybieram swoją prawdziwą samotność w moim nieprawdziwym świecie.

Może dzięki temu napiszę kiedyś coś, co sprawi, że chociaż ktoś się wyloguje. To moja misja.

Verified by MonsterInsights